W ostatniej kolejce Premiership padło 38 bramek, co daje godną zadowolenia obserwatora średnią 3,8 na mecz. Skutkiem tego nie zawsze była wyrównana walka, a całkowita dominacja na boisku. Aż trzy starcia zakończyły się bowiem wynikiem 6:0.

Po ostatnich trzech sezonach zauważono regułę, że drużyna, która sięgnie po Tarczę Wspólnoty, na koniec wygrywa ligę. Jeżeli scenariusz miałby się powtórzyć w nadchodzącym maju, triumf świętowaliby podopieczni sir Aleksa Fergusona. Na dziś to jednak nie oni zachwycają całą piłkarską Anglię czy świat. Wartym zwrócenia uwagi wydarzeniem była z pewnością podwójna zagrywka Chelsea, która i w pierwszej kolejce, i w drugiej, wygrała 6:0. Tym razem trafiło na Wigan Athletic, które nie ma w tym sezonie zbyt udanego terminarza. Nie dość, że wcześniej przed własną publicznością dostało bęcki od beniaminka, to teraz na DW Stadium musiało przywitać mistrzów Anglii. Ustawienia Roberto Martinez nie zmienił, a jego podopiecznym goście zafundowali małą powtórkę z rozrywki. Podobnie jak na finiszu zeszłego sezonu, tak i w tym spotkaniu grad goli padł dopiero w drugiej połowie. Po dwóch kolejkach bilans bramkowy 12:0. Przypadek? Nie, bo cała drużyna rozegrała to jak z nut. Następne na liście Stoke City, które w tym sezonie nie zdobyło jeszcze punktów. Potem West Ham, Blackpool i dopiero wtedy Manchester City, które w 2009/2010 pokonało mistrzów Anglii zarówno u siebie jak i na wyjeździe. Być może to właśnie ekipa „The Citizens” okaże się być pierwszym poważnym sprawdzianem dla podopiecznych Ancelottiego. Terminarz rozłożył się zatem wybornie, ponieważ zwycięstwa, i to tak okazałe, na początku sezonu zawsze dodają zawodnikom pewności siebie.
Z wyjazdowego remisu z Liverpoolem, uzyskanym w notabene niezłym stylu, otrząsnął się Arsenal. Wprawdzie bez Laurenta Koscielnego, ale za to z Aleksem Songiem, pozbawili złudzeń rewelację z Blackpool. Jednak po ostatniej kolejce ze stwierdzeniem tym można być nieco bardziej wstrzemięźliwym. No tak, o ile w pierwszym spotkaniu beniaminek powalił na kolana, tak teraz można mieć już wątpliwości co do tego stwierdzenia, gdyż Walcott w swoim stylu podziękował całemu towarzystwu. Przypominają mi się teraz przedmeczowe słowa ich menadżera, Iana Hollowaya. Parafrazując, stwierdził, że jego zawodnicy muszą uważać, by się nie speszyć. Wstydliwe Blackpool, grające z kompleksami? Pierwszy raz w Premier League, niby trzeba zrobić dobre wrażenie (i to pierwsze faktycznie było rewelacyjne), lecz na tle zagorzałych fanów Arsenalu, na takim stadionie jak Emirates, faktycznie trudno o grę na luzie, kreowanie sytuacji i niekonwencjonalne zagrania, co zresztą rzucało się w oczy. W ogóle odnoszę wrażenie, że w minionej kolejce można było zobaczyć coś, czego zabrakło reprezentacji Anglii podczas mundialu. Zresztą hat-trick Walcotta mówi sam za siebie.












