Jeden z najbardziej rozpoznawalnych klubów w Anglii zaliczył niemałą huśtawkę formy. Fatalnie rozpoczął sezon, szybko lądując w strefie spadkowej. Ostatnio jednak idzie mu całkiem nieźle. I nie, nie jest to Liverpool.

Faworytów do spadku po pierwszych kilku kolejkach było wielu. I co ciekawe, wśród nich znalazł się West Ham United. „The Hammers” zaliczyli fatalny start i na dzień dobry przegrali 0:3 z Aston Villą, która w tym sezonie również nie zachwyca. Później zostali pokonani na własnym stadionie przez Bolton, następnie na wyjeździe przez United, a później znów u siebie przez Chelsea. Z czasem podopieczni Avrama Granta mieli na swoim koncie sporo remisów i porażek. Tymczasem zatrudnienie izraelskiego szkoleniowca po zwolnieniu Zoli miało przynieść lepsze czasy. Chyba już nie w tym sezonie, choć wszystko może się zdarzyć. Zwłaszcza dlatego, że West Ham ostatnio zaskoczył mnie swoją postawą.
Śmiało można tu mówić o swego rodzaju przebudzeniu. To już któraś drużyna w tym sezonie, która wreszcie złapała jakiś rytm po fatalnej passie. Wcześniej podobnie mówiono o Liverpoolu oraz Evertonie. Zdecydowany progres jest widoczny począwszy od sławnego wyeliminowania Manchesteru United z Carling Cup. Chociaż padły potem porażki z Sunderlandem i Manchesterem City, to jednak podopieczni Granta zaczęli coś grać. A te „coś” przełożyło się na bardzo potrzebne punkty w tabeli.

Przed 19. kolejką ekstraklasy angielskiej zastanawiałem się, jakie będą derby Londynu. No bo w końcu Fulham to Fulham. Fakt, że zawodziło, ale to jednak finalista zeszłej edycji Ligi Europejskiej. No właśnie, tylko że ten sukces osiągnęła zupełnie inna drużyna, a na taką wyglądała za Roya Hodgsona. Tymczasem West Ham miał za sobą wspomniany mecz w Pucharze Ligi i remis z Blackburn. Co się rzucało w oczy, to zdecydowana poprawa gry.
Wyjazdowe zwycięstwo, szczerze mówiąc, zbytnio mnie nie zaskoczyło, przypuszczałem, że „The Hammers” wreszcie się przełamią. Może na Fulham wpłynął zastój związany z przełożeniem meczów przez fatalne warunki pogodowe, lecz tu obstawiałbym coś innego. WHU powoli dochodzi do formy. Ostatni remis z Evertonem i zwycięstwo z „Wolves” – co prawda mało wymagającym rywalem – dobrze rokują na dalszą część sezonu. Zwłaszcza że do składu wrócił ostatnio Freddie Sears, który odwdzięcza się za okazane zaufanie. Chociaż z wypożyczenia 21-latka ściągnięto dość niedawno, to gola zdobył już w meczu z zawodnikami McCarthy’ego. Wygląda na to, że jeszcze nieraz pomoże swoim kolegom. Cóż, West Ham jest więc na dobre drodze ku lepszym czasom.











