Po trzech miesiącach przerwy powróciła jedna z najbardziej emocjonujących, najlepszych lig świata. Rywalizacja dawno już nie zapowiadała się tak emocjonująco, choćby z uwagi na Manchester City, który po raz kolejny zdominował rynek transferowy. Nie licząc starcia Manchesteru United oraz Newcastle, w pierwszej kolejce padły 23 bramki. Na start nie zobaczyliśmy jednak niezrównanego kunsztu zawodników. Jest zgoła inaczej, bo o wynikach w większości spotkań decydowały fatalne błędy.
„Blackpool rządzi”
W ten sposób Gary Lineker, były reprezentant Anglii, podsumował sobotnie mecze ligowe. Wigan nie pozostawiło po sobie dobrego wrażenia podczas ostatniej kolejki zeszłego sezonu, kiedy to zebrało baty od mistrza Anglii. Przegrało bowiem aż 8:0, tracąc w drugiej połowie sześć bramek. Po przerwie międzysezonowej trener Martinez dokonał kilku zmian – począwszy od taktyki, po wybór linii obrony. W bramce, między innymi w roli kapitana, stanął doświadczony Kirkland. Tuż przed nim znalazło się czterech defensorów, wśród nich nowo przybyły Antolin Alcaraz, reprezentant Paragwaju, który tego roku miał przyjemność zaprezentować się na mundialu. Otwartą grę zapowiadała za to ofensywa, która tamtego popołudnia na niewiele się zdała, ano właśnie ze względu na regularnie spóźniającą się, ociągającą defensywę.

Praktycznie wszystkie cztery bramki, jakie straciło Wigan, można zrzucić na barki fatalnie spisujących się obrońców – ich notoryczne spóźnienia, brak zrozumienia i krycia, zostawianie otwartej przestrzeni. To, że beniaminek nie objął prowadzenia już po niecałych dwóch minutach, można jeszcze zakwalifikować jako frycowe. Pytanie tylko, jak do tego doszło, że na stadionie Wigan tempo cały czas dyktowali goście. Już właśnie po tej pierwszej akcji obrona dała po sobie znać, że nie jest w najlepszej dyspozycji, na dzień dobry bowiem uciekło jej dwóch podopiecznych Hollowaya. Piłka dwukrotnie skiksowała, bramki nie było.
Kolejne akcje były popisem bezradności gospodarzy. Niedopuszczalne jest wręcz, by w tak łatwy sposób tracić piłkę w środkowej strefie boiska. Lewa obrona u podopiecznych Martineza po prostu nie istniała. W zamian dał o sobie znać Harewood, który na rzecz beniaminka opuścił Aston Villę. Nie dość, że zdobył dwie bramki, to jeszcze asystował, jak choćby przy objęciu prowadzenia. Pytanie brzmi tylko, jakim cudem Taylor-Fletcher na luzie wbiega sobie w pole karne, a obrońca reflektuje się, że ma go kryć dopiero wtedy, gdy ten dobiega do piłki i pewnie pokonuje Kirklanda. Szczęśliwy strzelec notabene powinien być jeszcze bardziej szczęśliwy, w prawidłowy bowiem sposób strzelił bramkę na 2:0, której nie uznano. Jaki spalony zauważył w tej sytuacji sędzia, wie tylko on sam.











