W ostatnich dniach z pierwszych stron bulwarówek nie schodził temat Rooneya. Po tym jak reprezentant Anglii oświadczył, że zamierza opuścić United (ale niekoniecznie Manchester), wydawało się, iż nic go już nie powstrzyma. Jednak się udało. Kto go przekonał do pozostania – czy sam Ferguson, czy tajemnicze zapisy w kontrakcie – do końca nie wiadomo. Fakt faktem, popularny Szkot nie dopuścił do straty jednego z najzdolniejszych kopaczy w historii Manchesteru United.
Saga odnośnie odejścia „Roo” ciągnęła się właściwie od nieudanego mundialu i dobrze, że wreszcie się skończyła. Napastnik najwyraźniej dostał to, czego sobie życzył. Z perspektywy szarego obserwatora Premiership ciężko jednak ocenić, czy zasłużenie miał on pretensje do Davida Gilla o brak walki o najlepszych zawodników świata. Wystarczy pomyśleć przez moment w kontekście jego potencjalnego odejścia do lokalnych, bogatych rywali. Tak, brzmi to absurdalnie, lecz warto przyjąć taką hipotezę. Czy Manchester City przez ostatnie dwa lata zrobił aż taką furorę, żeby United miało od niego odbiegać? Fakt, że do „The Citizens” dołączają gwiazdy, (mowa o Yayi, mowa o Silvie), lecz czy jest to jednak kluczem do futbolowej homeostazy na wysokim poziomie?

Odpowiedź brzmi „nie”, w czym jeszcze bardziej utwierdziła mnie ostatnia kolejka. W City na gwałt jest budowany zespół, który ma wygrać Ligę Mistrzów już w najbliższych latach. W United jest stabilizacja, tam poluje się na młodość, a nie częstokroć przepłacone gwiazdy. Prawdziwy talent został chociażby złowiony w kwietniu bieżącego roku – mowa o „Chicharito” Hernandezie. Młody napastnik przebojem wdarł się do pierwszego składu. Jeszcze podczas meczu o Tarczę Wspólnoty, w jego debiucie, wszedł z ławki rezerwowych i zdobył bramkę. Z kolei w ostatniej kolejce zagwarantował trzy punkty United, otwierając wynik meczu, a potem zdobywając zwycięskiego gola.
W tym momencie rodzi się pytanie, czy na obecnej dyspozycji Rooneya nie skorzysta właśnie młody Meksykanin. „Roo” wciąż boryka się z drobnym urazem i jedyną szansą na odzyskanie nieco nadszarpniętego zdania u kibiców jest strzelanie bramek, tak jak to miało miejsce w ostatnim sezonie, kiedy do ostatniej kolejki walczył o koronę króla strzelców z Didierem Drogbą. To jedyny możliwy sposób na uzyskanie przebaczenia jeszcze po skandalu obyczajowym, kiedy to spora część kibiców została dotknięta mało profesjonalnym postępowaniem piłkarza. A przecież bieżący sezon nie jest jeszcze stracony…
Rooney (przynajmniej na razie) został w klubie i nie poszedł w ślady Ince’a, Keane’a czy Van Nistelrooya, którzy pożegnali się z nim w mało godny sposób. Może zasługa w tym kibiców, którzy zastraszali napastnika przed jego własnym domem, a może właśnie sir Aleksa Fergusona, który nie dałby sobie wydrzeć kolejnej gwiazdy. O ile można było powiedzieć, że Cristiano Ronaldo w United był piłkarzem spełnionym, to na pewno nie jest nim Rooney, który na poprawę i uzyskanie takiej opinii ma pięć najbliższych lat. Każdy dobrze wie, że stać go na więcej. Teraz dostał on drugą szansę na wkupienie się w łaski kibiców i jeżeli obejdzie się bez ekscesów, narzekania na brak klasowych wzmocnień, a w zamian pojawi się nieustanna walka o jedenastkę i gole, to niewątpliwie zapisze się w historii klubu złotymi zgłoskami.










