Zeszły tydzień dla angielskiego futbolu to Liga Mistrzów, Liga Europejska, a także FA Cup. Tym razem pokusiłem się o krótką opinię na temat trzech meczów. Nawiązałem do ogólnej postawy Manchesteru City, a także spotkania Birmingham z Boltonem – moim zdaniem jednego z bardziej emocjonujących w tym sezonie.

Największą niespodziankę ze wszystkich wyspiarskich klubów zrobił na pewno Manchester City. W każdym razie przynajmniej pozytywną. Porażka 0:2 na wyjeździe z Dynamem Kijów nie postawiła podopiecznych Manciniego w dobrej sytuacji. Zastanawiające jest, kiedy włoski trener przestanie szukać wymówek, bo szczerze mówiąc, wydaje mi się, że tak właśnie czyni. Częstokroć przyglądam się, co ma on do powiedzenia po meczach swojej drużyny. W większości przypadków (remis albo przegrany mecz) to przyznanie się do winy, ale też doszukiwanie się, być może na siłę, pozytywów. Mam wrażenie, że co by nie było, to z jego ust padnie coś zbliżonego do: „we played well, one/two/three mistakes, we paid the price, we controlled most of the game”. Tylko summa summarum wyniki, jak na taką ekipę usianą gwiazdami, są delikatnie mówiąc, poniżej oczekiwań, więc jaki sens ma usprawiedliwianie się w niektórych wypadkach? Moim zdaniem zdecydowanie w lepszym guście jest powiedzenie sobie jasno – że oczekiwania są za duże, coś tę drużynę przerosło, widać delikatny brak świeżości. Na początku mówiło się o mistrzostwie, wygraniu Ligi Europejskiej. Teraz przed City kolejne wyzwanie, Wembley i pojedynek z rywalem zza miedzy, Manchesterem United.
Skuteczność „The Citizens” to temat na osobny artykuł. Polecam szczególnie skrót ich zmagań z grającym w Championship Reading. Dominacja na boisku, faktycznie, była. Technika i wyrafinowanie Silvy, rzeczywiście, również było. Piękne akcje? Owszem. Skuteczność? Jeszcze raz polecam skrót. Bramkarz rywala miał dobry dzień, to prawda, ale na Eastlands raczej nie tak wszyscy sobie to wyobrażali. Dosyć jednak o Manchesterze City, bo inna drużyna miała lepszy tydzień.

Spotkaniem, które zrobiło na mnie wrażenie, był mecz Birmingham z Boltonem w Pucharze Anglii. „The Trotters” rozgrywają dobry sezon, są w górnej części tabeli i potrafią rozkręcić widowisko. Niezwykle spodobała mi się świeżość, którą ciągle jest w stanie wnieść do zespołu Chung-Yong Lee. W niektórych momentach przypominał mi on Davida Silvę, bo nie wahał się kiwać rywali w ich własnym polu karnym. Wszystko to poskutkowało też decydującą bramką w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry. Cały Bolton zagrał finezyjnie, niebanalnie, bawił się piłką. Przyjemne dla oka było też podanie Klasnicia do Elmandera, który otworzył wynik meczu. Birmingham? Nie wydaje mi się, żeby dostało zadyszki po triumfie w Pucharze Ligi, chociaż mecz w jego wykonaniu nie był najlepszy. Warta zobaczenia jest bramka Kevina Phillipsa zdobyta w dość nietypowej pozycji. Nie polecam wychodzenia z mylnego założenia, że jeżeli nie grają potentaci, to mecz będzie mało ciekawy. Na mój gust był niesamowity, zwroty akcji są tym, co lubią fani futbolu. Bolton zasługuje na szansę, by spróbować swoich sił w europejskich pucharach. Jego zawodnicy grają równo i są w czołówce od początku sezonu.











