Miniony weekend w Premier League można uznać za niezwykle emocjonujący. Kibicom dane było śledzić rozwój aż trzech pojedynków derbowych. Arsenalu z West Hamem, Newcastle z Sunderlandem oraz Aston Villi z Birmingham.

Cały czas ten Londyn, wciąż i wciąż… ale cóż poradzić – miasto to zdominowało rozgrywki angielskiej ekstraklasy. W końcu w stolicy Anglii siedziby mają: Chelsea, Arsenal, Tottenham, Fulham oraz West Ham. Nic zatem dziwnego, że co i rusz ekipy te walczą pomiędzy sobą o szacunek mieszkańców. Ciekawym pojedynkiem okazało się starcie podopiecznych Arsene Wengera oraz Avrama Granta. Było tak z co najmniej dwóch przyczyn. Po pierwsze, emocje trzymały od pierwszej do ostatniej minuty, o czym świadczy bramka w końcówce meczu. Wynik rozstrzygnął się więc rzutem na taśmę. Po drugie, gra bramkarzy. Abstrahując do genialnej postawy Roberta Greena, który uratował „The Hammers” przed pogromem, znów dobrze spisał się Fabiański. Polski bramkarz od kilku meczów zbiera dobre recenzje, przez co tamtejsza prasa przestała regularnie brać go na celownik. Dziś na Wyspach nikt już nie przekręca jego nazwiska, a jest ono powszechnie szanowane przede wszystkim przez fanów „The Gunners”. Ostatnio cały czas przewija się pytanie: czy Fabiański dalej będzie bronił, gdy Almunia wyleczy kontuzję. Skoro Arsene w letnim okienku transferowym czynił starania w celu pozyskania bramkarza, to raczej tak. Świadczyło to przecież o braku zdecydowania co do własnych golkiperów. Po wpadce Hiszpana w starciu z West Bromwich, kiedy to zawalił on dwie bramki, może być mu ciężko wrócić do łask francuskiego szkoleniowca. A zęby na bramkę ostrzy również Szczęsny. I w ten oto sposób po raz pierwszy jestem zdania, że ci dwaj polscy bramkarze wreszcie dopną swego.

Kolejnym, chyba najbardziej emocjonującym spotkaniem, było starcie Newcastle z Sunderlandem, czyli tak zwane derby Tyne-Wear. Rywalizację obu klubów często przyrównuje się do stosunków pomiędzy Manchesterem United a Liverpoolem. Oba miasta leżą w północnej Anglii, dość daleko od skupiska Premier League wokół Londynu. W dodatku dzieli je odległość około 13 kilometrów. Ten pojedynek zapisze się w historii meczów rozgrywanych pomiędzy wspomnianymi drużynami. W końcu rzadko kiedy padają tak wysokie wyniki w starciach pomiędzy mniej więcej równymi rywalami. Można powiedzieć, że Newcastle rozegrało to w perfekcyjny sposób. Goszczący na St. James Park nie wykorzystali swojego atutu… nie, nadmierna brutalność nie jest atutem. No właśnie – podopieczni Steve’a Bruce’a stale są krytykowani za niepotrzebne kartki. W drużynie tej można wyróżnić sporo indywidualności nadmiernie stosujących ostre wejścia. Jak widać na załączonym obrazku, taki aż nadto angielski styl gry nie popłaca, gdyż po tym jak „The Magpies” szybko uzyskali przewagę, rozpoczęły się faule. Sędzia pokazał gościom sześć żółtych kartek, a z boiska w dodatku wyleciał Titus Bramble. Newcastle z tego skorzystało i dobiło rywala. Na hat-tricka zdecydowanie zasłużył Nolan, który udowadnia, że jest dobrym kapitanem. Nie zdziwiła mnie za to bramka Benta. Właściwie tylko on z drużyny Sunderlandu mógł cokolwiek zrobić. Jego gol był zresztą taki jak zawsze. Rzutem na taśmę, w ostatnich minutach meczu. Tym razem to za mało, Newcastle nie było jak Arsenal czy City.











