Wynik nie zawsze oddaje sytuację na boisku. W tym przypadku oddaje ją połowicznie. Rożnica między oboma zespołami, zwłaszcza w drugiej połowie (kiedy padały bramki), nie była aż tak widoczna. Liczba goli straconych przez przyjezdnych doskonale jednak ukazuje, co dzieje się w defensywie wicemistrzów Polski.
Oba zespoły rozpoczęły w stającym się powoli standardem w polskiej lidze 4–5–1. Wisła jednak wyraźnie posiadała jednego zawodnika odpowiedzialnego za ofensywę (Boukhari), podczas gdy Lech w wielu momentach całą trójkę środkowych przesuwał nieomal linią. Wprawdzie w wielu momentach najdalej wychodził Stilić, ale i Kriwiec i Bandrowski nie ograniczali się do zadań defensywnych. U krakowian ten rozdział był wyraźniejszy, mimo bardzo aktywnej postawy Sobolewskiego.
Pomysł na grę był już jednak diametralnie różny. Lech starał się długo operować piłką, starając się jej możliwe długo nie tracić, podczas gdy Wiślacy grali długie przerzuty na próbującego się urwać Brożka. Lepsze efekty przyniosła taktyka gospodarzy, którym udawało się przedostawać w okolice 20–30 metra od bramki Wisły. Tam jednak brakowało odrobiny cierpliwości, mimo wielu rozwiązań rozegrania (spowodowanych dużą ruchliwością i zaangażowaniem większej liczby graczy) często wybierano to najszybsze, a ono rzadko było najlepsze.
Gościa zaś nie szukali optymalnego wyboru. Wybijali piłkę bardzo często na uwolnienie, co równało się ogromnej liczbie strat. Zupełnie nie było widać kolektywu na boisku. To, na co Maaskant zdawał się kłaść nacisk w poprzednich spotkaniach, w tym praktycznie nie istniało. Wisłą odgryzała się pojedynczymi szarpnięciami Kirma albo Sobolewskiego. Dodatkowo interesujące jest, jak w koncepcji Holendra ma znaleźć się Małecki. To typowy piłkarz grający przebojowo, z lekką nutą szaleństwa, ale zupełnie ataktycznie. Jeśli Maaskantowi zależy na grze pozycyjnej (a na to wyglądało po poprzednich meczach), ten piłkarz mu się nie przyda. Chyba, że chodzi o jego indywidualne umiejętności i rajdy, nawet za cenę tworzenia kolektywu. Szczerze mówiąc, przy tym poziomie zrozumienia między piłkarzami nie wydaje się to tak bezsensowne. Pytanie czy szukamy wariantu stałego, czy zastępczego, byle to jakoś było. Bo jeśli tak, w odwodzie zawsze jest Łobodziński.
Od Lecha Wisła mogłaby się w pierwszej połowie uczyć wyjścia do piłki i szerokiej gry w ofensywie. Co ciekawe, wtedy za to defensywa krakowian poczynała sobie dość sprawnie. Poza kilkoma autorskimi błędami w ustawieniu Chaveza i kilku spóźnionych powrotach Cikosza, zaskakująco trzymało się to wszystko na nogach. Ukłony nalezą się zwłaszcza w stronę Paljicia. Wobec Peszki ten ofensywny pomocnik przekwalifikowany doraźnie na bocznego obrońcę za wiele do powiedzenia mieć nie powinien, tymczasem radził sobie całkiem przyzwoicie.
W drugiej połowie Lech za wiele nie zmienił, Wisła zaczęła tymczasem grać nieco odważniej. Sporo wyjść ofensywnych zaliczyli Sobolewski i Cikosz, a ze strony Lecha Arboleda. W poczynaniach krakowian zaczęła się pojawiać jakaś myśl na rozegranie piłki, coraz więcej piłkarzy Białej Gwiazdy przemieszczało się za akcją. Nie przeszkodziła też zmiana bezproduktywnego Boukhariego na Gargułę. Były gracz Bełchatowa ciekawie przesuwał się na całej szerokości boiska, często lądując na lewej stronie, służąc wsparciem Kirmowi, wobec defensywnego usposobienia Paljicia, który cały czas asekurował swój sektor. Choć Małecki z drugiej strony niewiele miał do powiedzenia, kilkukrotnie do akcji dobrze włączał się Cikosz, ułatwiając nieco „Małemu” podpinanie się pod grę.










