Taki właśnie tytuł nosił wydany w 1983 singiel grupy U2, promujący longplay „War”. Tytuł jest dwuznaczny, „bloody” bowiem można przetłumaczyć zarówno jako krwawy, jak i cholerny. Rzecz dotyczyła kwestii czysto politycznych – tragicznych wydarzeń z 1972 roku w Londonderry podczas kryzysu w Irlandii Północnej – oglądając jednak wczorajszą „Super Sunday” w Premier League, pomyślałem właśnie o tym utworze. Dlaczego? Poziom obu wczorajszych spotkań był, lekko mówiąc, słaby, a żeby dobitniej wyrazić rozczarowanie, powiem – cholernie masakryczny. Czyżby nieuchronne powolne zmęczenie materiału?
Derby miasta Beatlesów wyglądały tak, jakby remis obu ekipom był na rękę, a po meczu wszyscy mieli iść wspólnie na paintballa. Nie jest to logika pozbawiona sensu, gdyż zarówno Everton, jak i Liverpool wyszły wczoraj z pistoletami pozbawionymi nabojów, a jeden zawieszony „El Pistolero” musiał nawet siedzieć na trybunach w gustownym garniturze z herbem „The Reds”. I rzeczywiście – akcji, które zrywałyby nas ze snu długimi tygodniami, było jak na lekarstwo, a mecz toczył się w specyficznej sennej atmosferze, jakby całe strzelanie pozostawione było właśnie na pomeczowego paintballa.

W obu ekipach szykują się być może kluczowe zmiany: niejasna od dłuższego była sytuacja wiecznie marudzącego o Lidze Mistrzów Suareza, a w obliczu ostatnich „wiekopomnych” wyczynów Urugwajczyka niewykluczony jest fakt, że snajper odejdzie z Anfield Road. „El Pistolero” nieustająco rozrabia, dając pożywkę mediom, a gołym okiem widać, że angielska ziemia, delikatnie mówiąc, nie pokochała byłego goleadora Ajaksu. Co tu dużo mówić – idąc za Benedyktem Chmielowskim i jego definicją konia z encyklopedii „Nowe Ateny” – koń jaki jest, każdy widzi, ale także konia z rzędem temu, kto nie chciałby mieć krnąbrnego Luisa w swojej drużynie. Jakość to widoczna gołym okiem, fantazja z nutką (wielką nutą?) szaleństwa. To najlepszy snajper na Anfield Road od czasów mitycznego wręcz wąsacza, czyli Iana Rusha.
Niejasna jest także sytuacja w obozie „The Toffees”. Davidowi Moyesowi kończy się wraz z końcem obecnego sezonu kontrakt i niewykluczone jest, że Szkot odejdzie z Goodison Park. Kazus Moyesa jest szalenie ciekawy, przypadek tego genialnego menedżera przypomina bowiem nieco sytuację ze świata Formuły 1, w której jest multum zdolnych kierowców, a deficyt miejsc w kokpitach najlepszych ekip. Szkot od lat wykręca wraz z Evertonem niesamowite jak na możliwości tego klubu osiągnięcia, jednak na przeszkodzie ku zrobieniu tego decydującego kroku – czytaj: Liga Mistrzów – stoją zawsze słabe finanse. Tajemnicą poliszynela jest, iż Moyes chciałby poprowadzić silniejszy zespół, ale najlepsze stołki w BPL są obsadzone niczym przejście na granicy polsko-ukraińskiej. Wenger w Arsenalu, SAF na Old Trafford, Mancini w City, Mourinho zapewne w Chelsea, a Liverpool… cóż, ten temat w wypadku Moyesa w ogóle porzućmy, poza tym „The Reds” zawarli związek małżeński z Brendanem Rodgersem.














