Futbol kocha ludzi nietuzinkowych. Kolorowe ptaki – takie, obok których nie można przejść obojętnie, które wywołują sprzeczne emocje, najlepiej ambiwalentne. Z jednej strony ich skrajne reakcje budzą niesmak, z drugiej zapierają dech w piersiach swoimi wiekopomnymi czynami. Fatalnie cytować komunały, ale prawda objawiona nie kłamie – najgorzej być nijakim. Jeśli wszyscy Cię kochają, to tak naprawdę wszyscy mają Cię głęboko w czterech literach. Nasz protagonista – człowiek skrajnie zakochany w pozdrowieniu rzymskich legionistów – zaczął budować wczoraj swoje małe romańskie imperium na Stadionie Światła. Tak, tak – wiecie już o kim i o czym będzie mowa.
Paolo Di Canio w jedno popołudnie zawładnął nie tylko sercami kibiców Sunderlandu, ale i całym Tyne & Wear. Derby północno-wschodniej Anglii przeważnie są bardzo gorące, zdarzają się ekscesy pomeczowe, których oczywiście w transmisji telewizyjnej nie uświadczycie. Do podobnych zdarzeń doszło także wczoraj, kiedy wściekłe hordy fanów „Srok” ruszyły na kibiców Sunderlandu, jednak Ci – będąc pod eskortą policji – uniknęli starcia. Starcie miało jednak miejsce pomiędzy kibicami Newcastle a policją. Nie odnotowano poważniejszych obrażeń, a rezultatem walki było trzech rannych funkcjonariuszy i 29 aresztowanych fanów. Do eskalacji zdarzeń doszło zwłaszcza w centrum Newcastle, gdzie najbardziej krewcy admiratorzy „Srok” oglądali spotkanie w pubach, przepłukując gorycz porażki hektolitrami piwa.
Samo spotkanie było bardzo emocjonujące i mimo iż „Sroki” przegrały sromotnie 0:3, mogło być różnie, jeśli arbiter główny tego meczu uznałby prawidłowo zdobytą bramkę przez Papissa Dembę Cisse. Liniowa Sian Massey oraz sędzia Howard Webb nie mieli jednak tego dnia zbytnio wyostrzonego wzroku i na koncie Newcastle pozostało w dalszym ciągu zero. Nie można oczywiście powiedzieć, że wypaczyli oni wynik, bowiem „Czarne Koty” były tego dnia lepsze i zasłużenie wygrały. Doskonale tego dowodzą filmowe wręcz bramki Sessegnona, Johnsona oraz Vaughana. Jonathan Wilson – redaktor naczelny kultowego już kwartalnika piłkarskiego „The Blizzard”, a prywatnie fanatyk Sunderlandu – napisał po meczu na swoim Twitterze:
– To najpiękniejszy dzień w historii futbolu.
Z punktu widzenia przeciętnego kibica „Czarnych Kotów” (ciekawe, swoją drogą, ilu jest ich w Polsce?) na pewno jest to zdarzenie wiekopomne, było to bowiem najwyższe zwycięstwo Sunderlandu w Newcastle od 34 lat, a pierwsze od 13. Nie ta liczba jest jednak najważniejsza. Było to pierwsze wygrane spotkanie Sunderlandu w lidze od 10 meczów. Tym sposobem włoski szkoleniowiec wlał w serca graczy i kibiców ze Stadium of Light promyk, a właściwie wielki promień nadziei. Di Canio dokonał pewnego rodzaju incepcji – zasiał przekonanie, iż przyszły lepsze czasy.
Można mieć różny stosunek do Włocha, gardzić nim lub sympatyzować z nim. Jedno natomiast nie ulega wątpliwości – dawno żaden z menedżerów nie cieszył się tak wspaniale ze zdobytych przez jego zespół goli, jak właśnie Paolo. Było w tym coś z ekstazy i wręcz rytualno-plemiennej radości pomieszanej ze złością i chęcią zwyciężania. Obrazki, w których Di Canio sunie na kolanach po murawie po zdobytym golu, obiegły cały piłkarski świat. Sam trener w taki oto sposób komentuje swoje zachowanie:
– Moje spodnie są zniszczone, ale mam nadzieję, że będę mógł je niszczyć każdego tygodnia… Stracę na to wszystkie moje pieniądze, będąc szczerym.
Di Canio nie byłby prawdziwym Włochem i dobrym kochającym synem, gdyby tego zwycięstwa nie zadedykował zmarłej równo rok temu matce:
– To było dokładnie rok temu i w takich samych okolicznościach… Dzień po tym, jak ona umarła… Wtedy także wygraliśmy mecz [w Swindon, byłym klubie Włocha – przyp.red.]… Muszę podziękować za to zwycięstwo jej, ale i mojemu tacie, który stoi obok niej…
Na tym polega właśnie niezwykłość Di Canio. Z jednej strony jest wrażliwym gościem, który nie boi się mówić o uczuciach, z drugiej kontrowersyjnym twardzielem nie z tej ziemi, a przy tym honorowym facetem. Nie jest tajemnicą, że jest zdeklarowanym faszystą i był już kilkakrotnie karany za wykonywanie tzw. salutu legionów rzymskich, rozpropagowanego w czasach nazistowskich Niemiec. Każdorazowo karę nakładaną na Di Canio opłacało stowarzyszenie faszystowskie.
To właśnie jego poglądy wywołały szereg kontrowersji, gdy mianowano do menedżerem „Czarnych Kotów”. Opinia publiczna była mocno podzielona, jeden z ważnych działaczy Sunderlandu zrezygnował nawet na znak protestu z piastowanego przez siebie stanowiska. Obawy okazują się być póki co bezpodstawne, Paolo jest grzeczny, a efekty widać gołym okiem. Były napastnik był walczakiem na murawie i tę jego charyzmę, waleczność oraz wojskowy dryg widać nawet w retoryce wypowiedzi, jak np. przy komentowaniu postawy swoich nowych podopiecznych po wczorajszym zwycięstwie:
– To, co gracze ofiarowali mi wczoraj, było specjalne. Byli prawdziwymi wojownikami. Jestem zachwycony.
W świecie zawodowego sportu doskonale znany jest „efekt miotły”. Nowy menedżer potrafi często wyzwolić ukryte dotąd pokłady energii w swoich podopiecznych, zmobilizować ich do ciężkiej pracy. Wiadomo – u nowego trenera każdy zaczyna od zera i trzeba się pokazać. Trudno mówić, czy wyczerpała się formuła poprzedniego bossa Sunderlandu, Marina O’Neilla, czy może piłkarze mieli go zwyczajnie dość, jednak efekty widać gołym okiem. Wydaje się, że pewien charyzmatyczny sposób bycia Di Canio podziałał na graczy niczym świeża morska bryza. Kapitan Sundrlandu John O’Shea – próbując zachować pozory politycznej poprawności – w taki oto sposób komentował treningi z nowym bossem:
– Wiadomo… Każdy menedżer ma inny styl… Di Canio ma swój, ale mogę powiedzieć, że ten styl podoba się graczom. Bardzo angażuje się w treningi, zwraca więcej uwagi na różne detale i aspekty dotyczące naszego zespołu.
Paolo Di Canio bierze wszystkie sprawy w swoje ręce. Sam pokazuje graczom ćwiczenia, bierze udział w gierkach ośmiu na ośmiu, ustawiając siebie oczywiście na szpicy. Gracze na pewno skorzystają z jego doświadczenia, i zapewne wciąż bajecznej techniki, zwłaszcza Danny Graham i nastolatek Mikael Landron. To właśnie im – ku uciesze obserwatorów – Włoch pokazywał prawidłowe wykonanie ćwiczenia, będąc zawiedzionym techniką swoich podopiecznych.
Włoch to Rzymianin z krwi i kości. Wszędzie gdzie grał, dawał z siebie 200% mocy. Kibice pamiętają go za waleczność, bajeczną technikę i piękne bramki. W ojczyźnie reprezentował barwy m.in. Milanu, Juventusu i Lazio (tego ostatniego dwukrotnie), a po przybyciu na Wyspy m.in. Celticu i West Hamu. To właśnie tego ostatniego klubu jest legendą, a wiele jego nieziemskiej urody goli uratowało nie raz Premier League dla „Młotów”. Był raczej znany z bezpardonowej i brutalnej walki, ale zaskoczył cały świat swoim zachowaniem w ligowym meczu w 2001 roku.
Pomocnik West Hamu, Trevor Francis, wygrał pojedynek z bramkarzem Evertonu Paulem Gerrardem, który w czasie tej akcji skręcił nogę i niczym rażony piorunem padł z bólu na murawę. Francis dośrodkował idealnie na głowę do Di Canio, który… złapał piłkę w ręce, widząc kontuzję bramkarza „The Toffees”. Przyniosło mu to zasłużoną nagrodę roku fair play FIFA. Koledzy z West Hamu byli ponoć źli na Włocha, ale on sam sobie nic z tego nie robił. Zawsze był twardy, grał według swoich zasad.
Wracając do obecnych czasów, nadal są duże szanse, aby uratować ligę dla Sunderlandu. Sam menedżer Newcastle, Alan Pardew, wspiera odwiecznych rywali (a raczej wspierał, wypowiedź bowiem pochodzi sprzed derbowego meczu):
– Chcę, aby oni [Sunderland – przyp.red.]się utrzymali… Ten region Anglii [północny wschód – przyp.red.] potrzebuje dwóch klubów, potrzebuje derbów…
Przed Sunderlandem długa droga do utrzymania , a sam Włoch stara się także tonować nastroje, niebotycznie napompowane po imponującym zwycięstwie nad lokalnym oponentem:
– To dopiero mały kroczek… teraz zaczyna się prawdziwa walka.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że nudny i do bólu przewidywalny Sunderland stanie się bohaterem ostatnich dni w Premier League. „Czarne Koty” mają 34 punkty (tak jak Stoke i Aston Villa), ale będące w czubie strefy spadkowej Wigan ma dwa mecze rozegrane mniej (przy 31 punktach). Nikt nie może zatem spać spokojnie i szykuje się prawdziwie epicka batalia o utrzymanie. Zapomnijcie o Manchesterach i innych Arsenalach – w czubie tabeli gra się o splendor, tutaj o życie.
Sunderland, nabuzowany włoską energią, po wczorajszym meczu stał się niespodziewanie faworytem w wyścigu do ocalenia głowy. Następny mecz „Czarne Koty” grają u siebie z Evertonem. Paolo Di Canio przekroczył Rubikon i wydaje się pewnie zmierzać po swoje. Zobaczymy, czy na koniec sezonu rodowity rzymianin zostanie koronowany na cezara, a Stadion Światła zamieniony w małe romańskie imperium.
*
Dzisiaj mija 24. rocznica tragedii na Hillsborough. O tamtych zdarzeniach pisałem tutaj.
Futbol kocha ludzi nietuzinkowych. Kolorowe ptaki – takie, obok których nie można przejść obojętnie, które wywołują sprzeczne emocje, najlepiej ambiwalentne. Z jednej strony ich skrajne reakcje budzą niesmak, z drugiej zapierają dech w piersiach swoimi wiekopomnymi czynami. Fatalnie cytować komunały, ale prawda objawiona nie kłamie – najgorzej być nijakim. Jeśli wszyscy Cię kochają, to tak naprawdę wszyscy mają Cię głęboko w czterech literach. Nasz protagonista – człowiek skrajnie zakochany w pozdrowieniu rzymskich legionistów – zaczął budować wczoraj swoje małe romańskie imperium na Stadionie Światła. Tak, tak – wiecie już o kim i o czym będzie mowa.
Paolo Di Canio w jedno popołudnie zawładnął nie tylko sercami kibiców Sunderlandu, ale i całym Tyne & Wear. Derby północno-wschodniej Anglii przeważnie są bardzo gorące, zdarzają się ekscesy pomeczowe, których oczywiście w transmisji telewizyjnej nie uświadczycie. Do podobnych zdarzeń doszło także wczoraj, kiedy wściekłe hordy fanów „Srok” ruszyły na kibiców Sunderlandu, jednak Ci – będąc pod eskortą policji – uniknęli starcia. Starcie miało jednak miejsce pomiędzy kibicami Newcastle a policją. Nie odnotowano poważniejszych obrażeń, a rezultatem walki było trzech rannych funkcjonariuszy i 29 aresztowanych fanów. Do eskalacji zdarzeń doszło zwłaszcza w centrum Newcastle, gdzie najbardziej krewcy admiratorzy „Srok” oglądali spotkanie w pubach, przepłukując gorycz porażki hektolitrami piwa.
Samo spotkanie było bardzo emocjonujące i mimo iż „Sroki” przegrały sromotnie 0:3, mogło być różnie, jeśli arbiter główny tego meczu uznałby prawidłowo zdobytą bramkę przez Papissa Dembę Cisse. Liniowa Sian Massey oraz sędzia Howard Webb nie mieli jednak tego dnia zbytnio wyostrzonego wzroku i na koncie Newcastle pozostało w dalszym ciągu zero. Nie można oczywiście powiedzieć, że wypaczyli oni wynik, bowiem „Czarne Koty” były tego dnia lepsze i zasłużenie wygrały. Doskonale tego dowodzą filmowe wręcz bramki Sessegnona, Johnsona oraz Vaughana. Jonathan Wilson – redaktor naczelny kultowego już kwartalnika piłkarskiego „The Blizzard”, a prywatnie fanatyk Sunderlandu – napisał po meczu na swoim Twitterze:
– To najpiękniejszy dzień w historii futbolu.
Z punktu widzenia przeciętnego kibica „Czarnych Kotów” (ciekawe, swoją drogą, ilu jest ich w Polsce?) na pewno jest to zdarzenie wiekopomne, było to bowiem najwyższe zwycięstwo Sunderlandu w Newcastle od 34 lat, a pierwsze od 13. Nie ta liczba jest jednak najważniejsza. Było to pierwsze wygrane spotkanie Sunderlandu w lidze od 10 meczów. Tym sposobem włoski szkoleniowiec wlał w serca graczy i kibiców ze Stadium of Light promyk, a właściwie wielki promień nadziei. Di Canio dokonał pewnego rodzaju incepcji – zasiał przekonanie, iż przyszły lepsze czasy.
Można mieć różny stosunek do Włocha, gardzić nim lub sympatyzować z nim. Jedno natomiast nie ulega wątpliwości – dawno żaden z menedżerów nie cieszył się tak wspaniale ze zdobytych przez jego zespół goli, jak właśnie Paolo. Było w tym coś z ekstazy i wręcz rytualno-plemiennej radości pomieszanej ze złością i chęcią zwyciężania. Obrazki, w których Di Canio sunie na kolanach po murawie po zdobytym golu, obiegły cały piłkarski świat. Sam trener w taki oto sposób komentuje swoje zachowanie:
– Moje spodnie są zniszczone, ale mam nadzieję, że będę mógł je niszczyć każdego tygodnia… Stracę na to wszystkie moje pieniądze, będąc szczerym.
Di Canio nie byłby prawdziwym Włochem i dobrym kochającym synem, gdyby tego zwycięstwa nie zadedykował zmarłej równo rok temu matce:
– To było dokładnie rok temu i w takich samych okolicznościach… Dzień po tym, jak ona umarła… Wtedy także wygraliśmy mecz [w Swindon, byłym klubie Włocha – przyp.red.]… Muszę podziękować za to zwycięstwo jej, ale i mojemu tacie, który stoi obok niej…
Na tym polega właśnie niezwykłość Di Canio. Z jednej strony jest wrażliwym gościem, który nie boi się mówić o uczuciach, z drugiej kontrowersyjnym twardzielem nie z tej ziemi, a przy tym honorowym facetem. Nie jest tajemnicą, że jest zdeklarowanym faszystą i był już kilkakrotnie karany za wykonywanie tzw. salutu legionów rzymskich, rozpropagowanego w czasach nazistowskich Niemiec. Każdorazowo karę nakładaną na Di Canio opłacało stowarzyszenie faszystowskie.
To właśnie jego poglądy wywołały szereg kontrowersji, gdy mianowano do menedżerem „Czarnych Kotów”. Opinia publiczna była mocno podzielona, jeden z ważnych działaczy Sunderlandu zrezygnował nawet na znak protestu z piastowanego przez siebie stanowiska. Obawy okazują się być póki co bezpodstawne, Paolo jest grzeczny, a efekty widać gołym okiem. Były napastnik był walczakiem na murawie i tę jego charyzmę, waleczność oraz wojskowy dryg widać nawet w retoryce wypowiedzi, jak np. przy komentowaniu postawy swoich nowych podopiecznych po wczorajszym zwycięstwie:
– To, co gracze ofiarowali mi wczoraj, było specjalne. Byli prawdziwymi wojownikami. Jestem zachwycony.
W świecie zawodowego sportu doskonale znany jest „efekt miotły”. Nowy menedżer potrafi często wyzwolić ukryte dotąd pokłady energii w swoich podopiecznych, zmobilizować ich do ciężkiej pracy. Wiadomo – u nowego trenera każdy zaczyna od zera i trzeba się pokazać. Trudno mówić, czy wyczerpała się formuła poprzedniego bossa Sunderlandu, Marina O’Neilla, czy może piłkarze mieli go zwyczajnie dość, jednak efekty widać gołym okiem. Wydaje się, że pewien charyzmatyczny sposób bycia Di Canio podziałał na graczy niczym świeża morska bryza. Kapitan Sundrlandu John O’Shea – próbując zachować pozory politycznej poprawności – w taki oto sposób komentował treningi z nowym bossem:
– Wiadomo… Każdy menedżer ma inny styl… Di Canio ma swój, ale mogę powiedzieć, że ten styl podoba się graczom. Bardzo angażuje się w treningi, zwraca więcej uwagi na różne detale i aspekty dotyczące naszego zespołu.
Paolo Di Canio bierze wszystkie sprawy w swoje ręce. Sam pokazuje graczom ćwiczenia, bierze udział w gierkach ośmiu na ośmiu, ustawiając siebie oczywiście na szpicy. Gracze na pewno skorzystają z jego doświadczenia, i zapewne wciąż bajecznej techniki, zwłaszcza Danny Graham i nastolatek Mikael Landron. To właśnie im – ku uciesze obserwatorów – Włoch pokazywał prawidłowe wykonanie ćwiczenia, będąc zawiedzionym techniką swoich podopiecznych.
Włoch to Rzymianin z krwi i kości. Wszędzie gdzie grał, dawał z siebie 200% mocy. Kibice pamiętają go za waleczność, bajeczną technikę i piękne bramki. W ojczyźnie reprezentował barwy m.in. Milanu, Juventusu i Lazio (tego ostatniego dwukrotnie), a po przybyciu na Wyspy m.in. Celticu i West Hamu. To właśnie tego ostatniego klubu jest legendą, a wiele jego nieziemskiej urody goli uratowało nie raz Premier League dla „Młotów”. Był raczej znany z bezpardonowej i brutalnej walki, ale zaskoczył cały świat swoim zachowaniem w ligowym meczu w 2001 roku.
Pomocnik West Hamu, Trevor Francis, wygrał pojedynek z bramkarzem Evertonu Paulem Gerrardem, który w czasie tej akcji skręcił nogę i niczym rażony piorunem padł z bólu na murawę. Francis dośrodkował idealnie na głowę do Di Canio, który… złapał piłkę w ręce, widząc kontuzję bramkarza „The Toffees”. Przyniosło mu to zasłużoną nagrodę roku fair play FIFA. Koledzy z West Hamu byli ponoć źli na Włocha, ale on sam sobie nic z tego nie robił. Zawsze był twardy, grał według swoich zasad.
Wracając do obecnych czasów, nadal są duże szanse, aby uratować ligę dla Sunderlandu. Sam menedżer Newcastle, Alan Pardew, wspiera odwiecznych rywali (a raczej wspierał, wypowiedź bowiem pochodzi sprzed derbowego meczu):
– Chcę, aby oni [Sunderland – przyp.red.]się utrzymali… Ten region Anglii [północny wschód – przyp.red.] potrzebuje dwóch klubów, potrzebuje derbów…
Przed Sunderlandem długa droga do utrzymania , a sam Włoch stara się także tonować nastroje, niebotycznie napompowane po imponującym zwycięstwie nad lokalnym oponentem:
– To dopiero mały kroczek… teraz zaczyna się prawdziwa walka.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że nudny i do bólu przewidywalny Sunderland stanie się bohaterem ostatnich dni w Premier League. „Czarne Koty” mają 34 punkty (tak jak Stoke i Aston Villa), ale będące w czubie strefy spadkowej Wigan ma dwa mecze rozegrane mniej (przy 31 punktach). Nikt nie może zatem spać spokojnie i szykuje się prawdziwie epicka batalia o utrzymanie. Zapomnijcie o Manchesterach i innych Arsenalach – w czubie tabeli gra się o splendor, tutaj o życie.
Sunderland, nabuzowany włoską energią, po wczorajszym meczu stał się niespodziewanie faworytem w wyścigu do ocalenia głowy. Następny mecz „Czarne Koty” grają u siebie z Evertonem. Paolo Di Canio przekroczył Rubikon i wydaje się pewnie zmierzać po swoje. Zobaczymy, czy na koniec sezonu rodowity rzymianin zostanie koronowany na cezara, a Stadion Światła zamieniony w małe romańskie imperium.
*
Dzisiaj mija 24. rocznica tragedii na Hillsborough. O tamtych zdarzeniach pisałem tutaj.