Ku rozpaczy zwolenników emocjonujących finiszów mrożących krew w żyłach, kwestia mistrzostwa w Anglii została właśnie rozstrzygnięta. Cezar Ferguson ostatecznie przekroczył Rubikon, odsyłając do domu z pustymi rękami Everton, tym samym praktycznie zapewniając ekipie z Old Trafford 20. ligowy tytuł mistrzowski. Przewaga United nad drugim w tabeli City na 12 kolejek przed końcem wynosi aż 12 punktów i tylko katastrofa mogłaby odebrać tytuł ekipie sir Aleksa. Prawdziwe emocje czają się jednak w dole tabeli.
Nie będę pisał o Manchesterze United, bo na podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Nadmienię jedynie, że Ferguson znów to zrobił i zagrał wszystkim na nosie, zapewniając sobie mistrzostwo już w lutym. Nie wierzę, że United mogłoby teraz wypuścić ofiarę ze swoich rąk. Szczwany szkocki lis poczuł krew i już nie odpuści. To jak Tour de France, w którym uciekasz w połowie etapu i mkniesz samotnie prosto na Pola Elizejskie, a reszta stawki ogląda jedynie żółtą koszulkę lidera na twoich plecach.
Premier League, Premiership, liga angielska (fot. skysports.com)
Kolejka numer 26 upłynęła pod znakiem niespodzianki, którą sprezentowała ekipa Manchesteru City, oddając za darmo i praktycznie bez cienia walki cenne trzy punkty chłopakom z Southamptonu. Potentaci z niebieskiej części Manchesteru przegrali w ten sposób mistrzostwo, i to w stylu katastrofalnym, snując się po murawie niczym seniorzy w lidze oldbojów. Myślałem, iż sezon na prezenty w Manchesterze skończył się wraz z odejściem „Mikołaja” Balotellego, widać jednak, że jego byli już koledzy zatęsknili za hojnością „Super Mario” i postanowili porozdawać punkty na prawo i lewo.
Mancini wyraźnie gdzieś się po drodze pogubił, jego ekipa zatraciła wszystkie te walory, które pozwoliły jej wejść na szczyt. A spada z niego z hukiem. City dopadł syndrom drugiego sezonu. Po tym właśnie poznaje się klasę tych największych menedżerów, vide Mourinho, Ferguson etc. Ich ekipy trzymają stały poziom, nie spoczywając na laurach, nie pozwalając na zmianę wcześniej obranego kursu. Statek City zmierza obecnie na mieliznę i wydaje się, że czas dać szansę komuś innemu, era Roberto mija bezpowrotnie. Warto by było także przewietrzyć nieco szatnię, chłopcy Manciniego bowiem chyba za bardzo odurzyli się zapachem petrodolarów.
Oglądałem w niedzielę piękny mecz. Z rodzaju tych, o których mawia się, że są dla koneserów. To była kwintesencja starej, dobrej angielskiej piłki. O czym mówię? Oczywiście o Aston Villa – West Ham. Umówmy się, obie ekipy to nie potentaci, do krezusów także nie należą. „Cockney Boys” to beniaminek, a ekipa z Villa Park walczy o życie niczym topielec w wirze rwącej rzeki. Nie uświadczyłem w tym meczu tysiąca krótkich podań na małej przestrzeni, nie było skomplikowanych wariantów taktycznych opracowywanych nocami przez magów pokroju Brendana Rodgersa. Nie było ogłupiających błędniki obrońców dryblingów w stylu Luisa Suareza, było za to coś innego. Czysta, niczym nieskrępowana walka, bijatyka na całego. Trzeszczały kości, lała się krew, nikt nie odpuszczał.
Sir Alex Ferguson i Roberto Mancini (fot. Skysports.com)
West Ham grał to, co lubi i umie, czyli podanie na ścianę do Andy’ego Carrolla, a Villa patrzyła błagalnym wzrokiem w kierunku indywidualnych popisów Christiana Benteke. Było wszystko to, co miłośnik ligi angielskiej kocha, czyli krew, pot i łzy. W ogóle mecze drużyn ze środka i z dołu tabeli będą stanowić ozdobę końca obecnej kampanii. United ma tytuł w kieszeni, a City, Chelsea i Tottenham wydają się być nie do ruszenia, jeśli chodzi o walkę o Ligę Mistrzów. Arsenal i Everton zajmą pewnie spokojne miejsca numer pięć i sześć. Prawdziwa kampania wojenna zostanie rozegrana pomiędzy kandydatami do spadku. Sport jest okrutny i szkoda, że zagrożone relegacją są tak sympatyczne ekipy jak właśnie Aston Villa czy Reading. QPR to temat na osobny artykuł i jeśli ekipa z Loftus Road spadnie, spodziewajcie się elaboratu pod tytułem „Jak wyrzucić miliony w błoto?”. Nie odkryję Ameryki, ale gdybym dzisiaj miał typować spadkowiczów, byliby to QPR, Wigan i ktoś z dwójki AV/Reading.
Piłka nożna to wróżenie z fusów i tak naprawdę o utrzymaniu bądź spadku decydują częstokroć nawet nie czysto piłkarskie umiejętności, ale jedno złe lub dobre podanie. Przy obecnie prezentowanej formie raczej niemożliwe jest, by spadli „Święci”. Przyznaję, byłem oburzony zwolnieniem Nigela Adkinsa, jednak Southampton pod wodzą Mauricio Pochettino prezentuje się doprawdy okazale. Nie wiem, ile w tym wpływu samej legendy Espanyolu Barcelona, a ile przypadku, niemniej jednak „Święci” skutecznie i powoli prą do przodu jak walec po jezdni. Boruc odbudował się całkowicie i jeszcze okaże się, że to właśnie on zostanie największym wygranym tego sezonu. W meczu z City cała drużyna grała perfekcyjnie, a Rickie Lambert to profesor. Szkoda, że robi furorę w tak późnym już piłkarsko wieku.
Nie spadnie także Newcastle. Bardzo słaby sezon, przebudowało trzon drużyny. Mike Ashley i Alan „Depardew” postawili na zaciąg francuski i wydaje się, iż był to strzał w dziesiątkę. Co prawda „Sroki” poległy w weekend w starciu z Tottenhamem, no ale „Koguty” akurat przeżywają rozkwit, a zwłaszcza jeden z nich. Tak, doskonale wiecie, o kim mówię. Zaczynał jako niezdarny lewy obrońca, by skończyć jako walijski klon Cristiano Ronaldo. Spokojnie, o nim także napiszemy jeszcze nie raz.
Andy Carroll (fot. skysports.com)
Wracając do zawodników Newcastle: utrzymają się bez problemu, a w następnej kampanii znów będą błyszczeć. Najciekawsza walka rozegra się pomiędzy Villą oraz Reading. „Królewscy” z Madejski Stadium byli sprawcami paru niespodzianek, było w tym jednak więcej bohaterstwa i szczęścia aniżeli taktyki i wyrachowania. Aston Villa na papierze wygląda całkiem dobrze, na murawie następuje jednak okrutna weryfikacja klasy sportowej. W grze drużyny Paula Lamberta brakuje ładu i składu, cała taktyka w ostatnim czasie to „Bentekodependencia”, jak określiliby to Hiszpanie. Stawiam, że spadnie Reading. O QPR napiszemy wkrótce, a o Wigan nie ma nawet co wspominać. Będzie mu dobrze w The Championship.
Swoje punkty ugrała także Chelsea, demolując… Wigan. Kwestię „The Blues” poruszaliśmy wielokrotnie i trudno określić, w jakiej tak naprawdę są formie, grają bowiem w kratkę. Lampard strzela go za golem, jednak jak kontraktu nie było, tak nie ma. Górę funtów za to dostał Ashley Cole, piłkarz, który – umówmy się – bywał już w życiu w lepszej formie. Torres nie strzela, zaciął się Demba Ba. Strzela za to Lukaku, ale dla innej drużyny. Belg ostatnio wyznał, iż pragnie powrócić na Stamford Bridge, by zostać legendą klubu. Niech lepiej uważa na słowa, jeśli popatrzymy bowiem na kazus Lamparda, to car Roman nie rozumie zbytnio znaczenia słowa „legenda”.
Młody Romelu dobił wczoraj na 2:0 „The Reds”, zdobywając bramkę w samej końcówce meczu. Znów na nic zdały się taktyczne gusła odprawiane przez Brendana Rodgersa. Wydaje się, że projekt pod nazwą „Swansea na Anfield” nie wypali i jedyne, co boss Liverpoolu może zrobić, to dać swoim gwiazdkom po prostu grać. Czasem piłka bywa okrutna, taktykę trzeba tworzyć pod zespół, a nie odwrotnie. Spłycanie założeń taktycznych bywa niekiedy dobre, a mając w zespole Gerrarda, Sturridge’a oraz Suareza, po prostu należy im dać grać, nie wiążąc ich skomplikowanymi taktycznymi niuansami. Sturridge po przyjściu na Anfield pokazał, iż to właśnie ekspresja i pomysłowość są najważniejsze, a nie kopiowanie gry rodem z Camp Nou. Mądry trener wie, że czasem, nie zmieniając wiele, paradoksalnie robi bardzo dużo.
Frank Lampard (fot. skysports.com)
W górze tabeli będzie wiało nudą, jedyne, co może się zdarzyć, to przesunięcia w bitwie o czwartą lokatę dającą prawo do gry w LM. I to wszystko. Wracając do BPL: najciekawsze mecze w ostatnich 12 kolejkach zostaną rozegrane z udziałem drużyn z dołu tabeli. To tam szukajcie prawdziwych emocji.
Fergusonem zaczęliśmy, Fergusonem skończymy. Kwestia mistrzostwa rozstrzygnięta, więc angielscy dziennikarze zajmują się plotkami i gdybaniem na temat następcy SAF-a. Wiadomo, że Szkot nie jest wieczny (chociaż…) i nie będzie trenował wiecznie. Ponoć kandydatem do objęcia schedy po sir Aleksie w przyszłości był Pep Guardiola, ale on – wiadomo – wybrał Oktoberfest. Nie wiadomo, kiedy Ferguson miałby odejść, ale nieoficjalnie mówi się o końcu przyszłego sezonu. Wśród kandydatów do tronu wymienia się ponoć Davida Moyesa i Jose Mourinho. Cytując klasyka: „We will say, what time we will tell”.
to była naprawdę wyborna herbatka
GG MAN UTD !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
~
~np.
np. wygrana z chelsea 2 : 3 co??? jeb.c manu
S
szwajc1212
Świetny, obiektywny tekst :).
Dodaj komentarz
Ku rozpaczy zwolenników emocjonujących finiszów mrożących krew w żyłach, kwestia mistrzostwa w Anglii została właśnie rozstrzygnięta. Cezar Ferguson ostatecznie przekroczył Rubikon, odsyłając do domu z pustymi rękami Everton, tym samym praktycznie zapewniając ekipie z Old Trafford 20. ligowy tytuł mistrzowski. Przewaga United nad drugim w tabeli City na 12 kolejek przed końcem wynosi aż 12 punktów i tylko katastrofa mogłaby odebrać tytuł ekipie sir Aleksa. Prawdziwe emocje czają się jednak w dole tabeli.
Nie będę pisał o Manchesterze United, bo na podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Nadmienię jedynie, że Ferguson znów to zrobił i zagrał wszystkim na nosie, zapewniając sobie mistrzostwo już w lutym. Nie wierzę, że United mogłoby teraz wypuścić ofiarę ze swoich rąk. Szczwany szkocki lis poczuł krew i już nie odpuści. To jak Tour de France, w którym uciekasz w połowie etapu i mkniesz samotnie prosto na Pola Elizejskie, a reszta stawki ogląda jedynie żółtą koszulkę lidera na twoich plecach.
Premier League, Premiership, liga angielska (fot. skysports.com)
Kolejka numer 26 upłynęła pod znakiem niespodzianki, którą sprezentowała ekipa Manchesteru City, oddając za darmo i praktycznie bez cienia walki cenne trzy punkty chłopakom z Southamptonu. Potentaci z niebieskiej części Manchesteru przegrali w ten sposób mistrzostwo, i to w stylu katastrofalnym, snując się po murawie niczym seniorzy w lidze oldbojów. Myślałem, iż sezon na prezenty w Manchesterze skończył się wraz z odejściem „Mikołaja” Balotellego, widać jednak, że jego byli już koledzy zatęsknili za hojnością „Super Mario” i postanowili porozdawać punkty na prawo i lewo.
Mancini wyraźnie gdzieś się po drodze pogubił, jego ekipa zatraciła wszystkie te walory, które pozwoliły jej wejść na szczyt. A spada z niego z hukiem. City dopadł syndrom drugiego sezonu. Po tym właśnie poznaje się klasę tych największych menedżerów, vide Mourinho, Ferguson etc. Ich ekipy trzymają stały poziom, nie spoczywając na laurach, nie pozwalając na zmianę wcześniej obranego kursu. Statek City zmierza obecnie na mieliznę i wydaje się, że czas dać szansę komuś innemu, era Roberto mija bezpowrotnie. Warto by było także przewietrzyć nieco szatnię, chłopcy Manciniego bowiem chyba za bardzo odurzyli się zapachem petrodolarów.
Oglądałem w niedzielę piękny mecz. Z rodzaju tych, o których mawia się, że są dla koneserów. To była kwintesencja starej, dobrej angielskiej piłki. O czym mówię? Oczywiście o Aston Villa – West Ham. Umówmy się, obie ekipy to nie potentaci, do krezusów także nie należą. „Cockney Boys” to beniaminek, a ekipa z Villa Park walczy o życie niczym topielec w wirze rwącej rzeki. Nie uświadczyłem w tym meczu tysiąca krótkich podań na małej przestrzeni, nie było skomplikowanych wariantów taktycznych opracowywanych nocami przez magów pokroju Brendana Rodgersa. Nie było ogłupiających błędniki obrońców dryblingów w stylu Luisa Suareza, było za to coś innego. Czysta, niczym nieskrępowana walka, bijatyka na całego. Trzeszczały kości, lała się krew, nikt nie odpuszczał.
Sir Alex Ferguson i Roberto Mancini (fot. Skysports.com)
West Ham grał to, co lubi i umie, czyli podanie na ścianę do Andy’ego Carrolla, a Villa patrzyła błagalnym wzrokiem w kierunku indywidualnych popisów Christiana Benteke. Było wszystko to, co miłośnik ligi angielskiej kocha, czyli krew, pot i łzy. W ogóle mecze drużyn ze środka i z dołu tabeli będą stanowić ozdobę końca obecnej kampanii. United ma tytuł w kieszeni, a City, Chelsea i Tottenham wydają się być nie do ruszenia, jeśli chodzi o walkę o Ligę Mistrzów. Arsenal i Everton zajmą pewnie spokojne miejsca numer pięć i sześć. Prawdziwa kampania wojenna zostanie rozegrana pomiędzy kandydatami do spadku. Sport jest okrutny i szkoda, że zagrożone relegacją są tak sympatyczne ekipy jak właśnie Aston Villa czy Reading. QPR to temat na osobny artykuł i jeśli ekipa z Loftus Road spadnie, spodziewajcie się elaboratu pod tytułem „Jak wyrzucić miliony w błoto?”. Nie odkryję Ameryki, ale gdybym dzisiaj miał typować spadkowiczów, byliby to QPR, Wigan i ktoś z dwójki AV/Reading.
Piłka nożna to wróżenie z fusów i tak naprawdę o utrzymaniu bądź spadku decydują częstokroć nawet nie czysto piłkarskie umiejętności, ale jedno złe lub dobre podanie. Przy obecnie prezentowanej formie raczej niemożliwe jest, by spadli „Święci”. Przyznaję, byłem oburzony zwolnieniem Nigela Adkinsa, jednak Southampton pod wodzą Mauricio Pochettino prezentuje się doprawdy okazale. Nie wiem, ile w tym wpływu samej legendy Espanyolu Barcelona, a ile przypadku, niemniej jednak „Święci” skutecznie i powoli prą do przodu jak walec po jezdni. Boruc odbudował się całkowicie i jeszcze okaże się, że to właśnie on zostanie największym wygranym tego sezonu. W meczu z City cała drużyna grała perfekcyjnie, a Rickie Lambert to profesor. Szkoda, że robi furorę w tak późnym już piłkarsko wieku.
Nie spadnie także Newcastle. Bardzo słaby sezon, przebudowało trzon drużyny. Mike Ashley i Alan „Depardew” postawili na zaciąg francuski i wydaje się, iż był to strzał w dziesiątkę. Co prawda „Sroki” poległy w weekend w starciu z Tottenhamem, no ale „Koguty” akurat przeżywają rozkwit, a zwłaszcza jeden z nich. Tak, doskonale wiecie, o kim mówię. Zaczynał jako niezdarny lewy obrońca, by skończyć jako walijski klon Cristiano Ronaldo. Spokojnie, o nim także napiszemy jeszcze nie raz.
Andy Carroll (fot. skysports.com)
Wracając do zawodników Newcastle: utrzymają się bez problemu, a w następnej kampanii znów będą błyszczeć. Najciekawsza walka rozegra się pomiędzy Villą oraz Reading. „Królewscy” z Madejski Stadium byli sprawcami paru niespodzianek, było w tym jednak więcej bohaterstwa i szczęścia aniżeli taktyki i wyrachowania. Aston Villa na papierze wygląda całkiem dobrze, na murawie następuje jednak okrutna weryfikacja klasy sportowej. W grze drużyny Paula Lamberta brakuje ładu i składu, cała taktyka w ostatnim czasie to „Bentekodependencia”, jak określiliby to Hiszpanie. Stawiam, że spadnie Reading. O QPR napiszemy wkrótce, a o Wigan nie ma nawet co wspominać. Będzie mu dobrze w The Championship.
Swoje punkty ugrała także Chelsea, demolując… Wigan. Kwestię „The Blues” poruszaliśmy wielokrotnie i trudno określić, w jakiej tak naprawdę są formie, grają bowiem w kratkę. Lampard strzela go za golem, jednak jak kontraktu nie było, tak nie ma. Górę funtów za to dostał Ashley Cole, piłkarz, który – umówmy się – bywał już w życiu w lepszej formie. Torres nie strzela, zaciął się Demba Ba. Strzela za to Lukaku, ale dla innej drużyny. Belg ostatnio wyznał, iż pragnie powrócić na Stamford Bridge, by zostać legendą klubu. Niech lepiej uważa na słowa, jeśli popatrzymy bowiem na kazus Lamparda, to car Roman nie rozumie zbytnio znaczenia słowa „legenda”.
Młody Romelu dobił wczoraj na 2:0 „The Reds”, zdobywając bramkę w samej końcówce meczu. Znów na nic zdały się taktyczne gusła odprawiane przez Brendana Rodgersa. Wydaje się, że projekt pod nazwą „Swansea na Anfield” nie wypali i jedyne, co boss Liverpoolu może zrobić, to dać swoim gwiazdkom po prostu grać. Czasem piłka bywa okrutna, taktykę trzeba tworzyć pod zespół, a nie odwrotnie. Spłycanie założeń taktycznych bywa niekiedy dobre, a mając w zespole Gerrarda, Sturridge’a oraz Suareza, po prostu należy im dać grać, nie wiążąc ich skomplikowanymi taktycznymi niuansami. Sturridge po przyjściu na Anfield pokazał, iż to właśnie ekspresja i pomysłowość są najważniejsze, a nie kopiowanie gry rodem z Camp Nou. Mądry trener wie, że czasem, nie zmieniając wiele, paradoksalnie robi bardzo dużo.
Frank Lampard (fot. skysports.com)
W górze tabeli będzie wiało nudą, jedyne, co może się zdarzyć, to przesunięcia w bitwie o czwartą lokatę dającą prawo do gry w LM. I to wszystko. Wracając do BPL: najciekawsze mecze w ostatnich 12 kolejkach zostaną rozegrane z udziałem drużyn z dołu tabeli. To tam szukajcie prawdziwych emocji.
Fergusonem zaczęliśmy, Fergusonem skończymy. Kwestia mistrzostwa rozstrzygnięta, więc angielscy dziennikarze zajmują się plotkami i gdybaniem na temat następcy SAF-a. Wiadomo, że Szkot nie jest wieczny (chociaż…) i nie będzie trenował wiecznie. Ponoć kandydatem do objęcia schedy po sir Aleksie w przyszłości był Pep Guardiola, ale on – wiadomo – wybrał Oktoberfest. Nie wiadomo, kiedy Ferguson miałby odejść, ale nieoficjalnie mówi się o końcu przyszłego sezonu. Wśród kandydatów do tronu wymienia się ponoć Davida Moyesa i Jose Mourinho. Cytując klasyka: „We will say, what time we will tell”.