Sezon 2011/2012 w Premier League był niezwykle ciekawy. Wszystkie kolejki były bardzo pasjonujące, zdarzały się pojedyncze weekendy nieco nudniejsze, ale tylko sporadycznie. To jednak umacnia naszą tezę, w końcu wyjątek potwierdza regułę. Sytuacja w każdym rejonie tabeli co chwila się zmieniała. Do samego końca nic nie było wiadomo, co przyniosło olbrzymie emocje. My z 380 rozegranych pomiędzy sierpniem a majem meczów postanowiliśmy wybrać pięć, naszym zdaniem, najciekawszych.
Przypominamy je w kolejności chronologicznej, bo znaleźć racjonalne argumenty przemawiające za tym, który był najciekawszy, po prostu nie sposób. Wszystko zaczęło się od derbów Manchesteru na Old Trafford. Piłkarze Manchesteru City przyjechali na teren wroga pewni siebie i z pięcioma punktami przewagi. Buńczucznie zapowiadali, że tym razem to oni urządzą rywalom piekło, i to na ich ziemi. Gospodarze zbywali te zapowiedzi śmiechem połączonym z politowaniem. Jednak życie pokazało, że hałaśliwi sąsiedzi nie rzucali słów na wiatr…

Mecz odbył się 23 października. Dzień wcześniej Mario Balotelli odpalił fajerwerki w swoim domu. Wywołał pożar i – jak się okazało – nie zapomniał przez kilkanaście godzin, jak to się robi. Powtórzył to bowiem właśnie na Old Trafford, a zaczął już w 22. minucie, wykańczając akcję Silvy, po czym zapytał za pomocą koszulki: „Why always me?”. To by było na tyle, jeśli chodzi o pierwszą połowę. Prawdziwy koszmar sir Alex i jego świta przeżyli w drugiej części. Dwie minuty po przerwie Balotelli (no któż by inny?) wychodził sam na sam, ale powstrzymał go Evans. Faulem. Karnego nie było, ale czerwona kartka była jak najbardziej słuszna.
To ostatecznie pogrążyło szanse United na jakąkolwiek zdobycz i zaczęło się City show. W 60. minucie kolejna piękna akcja gości przeprowadzona przez Silvę i Milnera została wykończona przez Balotellego. Po kolejnych dziewięciu minutach Milner rozegrał piłkę z Richardsem i tym razem jak na tacy dostał ją Aguero. Skończyło się trzecim golem. 81. minuta przyniosła za to kontrę gospodarzy i cudowny strzał Carricka w okienko. Była to jednak tylko bramka honorowa. Na egzekucję ostateczną czekaliśmy do samego końca. Między 90. a 94. minutą goście ukąsili jeszcze trzy razy. Najpierw Dżeko, później Silva i następnie znowu Dżeko. Tej nocy Manchester był niebieski.














