Patrząc na to, co się dzieje pod Wawelem, trzeba zacząć się zastanawiać, czy ujrzymy jeszcze wielką Wisłę. Tę, która potrafiła walczyć z Parmą, Schalke, Lazio czy dawała nam poczuć największą piłkę, tocząc nierówne boje z Realem i Barceloną.
Dzisiaj piłkarską Polskę obiegła wiadomość, że Kamil Kosowski wrócił do Wisły Kraków. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że „Kosa” ma już 35 lat i ostatni wybitny mecz rozegrał w 1979 roku… Dobra, może nieco wyolbrzymiam. Poprzedni sezon w GKS-ie miał niezły, na poziomie ligowym być może jest jeszcze w stanie pomóc Wiśle. Biorąc pod uwagę, że zespół Tomasza Kulawika jest obecnie co najwyżej ligowym średniakiem.

To nie jest tak, że na siłę próbuję się uczepić. Rozumiem, ile Kosowski zrobił dla Wisły i ile „Biała Gwiazda” znaczy dla niego. Jasne, jeśli chce, należy dać mu szansę zakończyć karierę na Reymonta. Jednak jakże jest to różne od przekazu z góry klubu. Od kilku miesięcy słyszymy, że Wisła będzie stawiała na wychowanków. Coś się niby ruszyło, jakieś Chrapki i inne Szewczyki zaczęły po tych ekstraklasowych boiskach i klepiskach biegać. Bądźmy szczerzy, poziomu Kosowskiego nie osiągną nigdy. Tylko czy sposobem na poprawę sytuacji jest ściąganie 35-latka? Nie chodzi o piętnowanie takich powrotów. Tylko z klubu musi płynąć jasny przekaz: „Chcemy, aby Kamil godnie zakończył karierę, zamiast tułać się po niższych ligach. Ma on pomóc młodym zawodnikom w rozwoju, a po zakończeniu kariery chcemy, aby pozostał w roli skauta/trenera/dyrektora sportowego”. Ja natomiast wyczuwam, że niedługo ujrzymy w mediach wypowiedź Tomasza „zabrakło nam dwóch punktów” Kulawika, że Kosowski to fantastyczne wzmocnienie, które pozwoli Wiśle skutecznie walczyć o środek tabeli.
Wszyscy życzymy „Kosie” jak najlepiej. Z sentymentu. Gdy myślimy o nim, od razu przypominają się te ostatnie dla nas dobre czasy i wielka Wisła rywalizująca w europejskich pucharach. Niech Kosowski zanotuje jeszcze pięć, dziesięć, piętnaście asyst w tym sezonie. Tylko co to nam da? Pokaże słabość naszej ligi, w której 35-latek jest w stanie ogrywać 20-kilkulatków? Udowodni, że Wisła ma tak słabych wychowanków, że musi sięgać po piłkarzy, którzy są już po drugiej stronie rzeki? A może po prostu nie doceniamy działań Jacka Bednarza? Może tak zatęsknił za wielką Wisłą, że postanowi ściągnąć jeszcze Marka Penksę, Mauro Cantoro, Mirosława Szymkowiaka, Pawła Kryszałowicza, Marcina Kuźbę, Kalu Uche, Tomasza Kłosa, a całość poprowadzi Henryk Kasperczak?
Zapewne sprowadzenie Kosowskiego ma również przynieść inne korzyści niż kilka asyst. Wiadomo, że do dziś cieszy się on szacunkiem kibiców. Z dwojga złego przy Reymonta będą woleli oglądać „Kosę” niż Sikorskiego. Do tego działacze pewnie liczą, że ktoś będzie w stanie pobudzić i skonsolidować szatnię. Nie będzie niczym dziwnym, jeśli okaże się, że w przerwach więcej do powiedzenia mają Głowacki z Kosowskim niż Kulawik. Bo bądźmy szczerzy, czy obecny trener Wisły jest w stanie mieć większe uznanie u piłkarzy niż dwójka, która posmakowała nieco europejskiej piłki? Z Kosowskim wiążą pewnie nadzieje również po zakończeniu przez niego kariery. Może zostanie, jak Maciej Żurawski, skautem albo trenerem. Być może będzie na tyle oddziaływał na innych piłkarzy, że w Krakowie powierzą mu funkcję pierwszego szkoleniowca? Patrząc na Kulawika, nie wydaje się to taki zły pomysł.











