Stało się. Po zabawie. Jak przystało na jesień, możemy teraz spokojnie popaść w depresję i w tym stanie wyczekiwać lepszych czasów aż do momentu, gdy zainaugurowane zostaną eliminacje do kolejnej imprezy. Tym razem tej, która rozgrywana będzie na Starym Kontynencie. A co do tego czasu? Jak zwykle: analiza, dociekanie, poszukiwanie… Warto jednak przed wydawaniem wyroków poszukać genezy błędu. Skutek ma to do siebie, że potrzebuje przyczyny. To jak z tangiem – do tego potrzeba dwojga.
Rywal okazał się za mocny
O ile podczas ubiegłorocznego czempionatu przed meczem o wszystko, którym było starcie z Czechami, baloniki po spotkaniu z Rosją były napompowane do granic możliwości, o tyle mecz przeciwko Ukrainie miał być rywalizacją, która miała dać sens konfrontacji z Anglią. Naprzeciwko „Biało-czerwonych” stanęli adwersarze, reprezentujący blok wschodni. Podobno ci słabsi.

Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Chociaż Kanoplyanka i spółka nie rozegrali wielkiego meczu, to jednak wystarczyło to na armię dowodzoną przez Waldemara Fornalika. Armię, która wyszła do swojej batalii w eksperymentalnym zestawieniu. Wystarczyło jedno dokładne podanie. Jeden błysk talentu. Tylko jedno zagapienie i Artur Boruc musiał wyciągać piłkę z siatki. Radość mógł okazać Konoplyanka. Natomiast żal musiał towarzyszyć Grzegorzowi Wojtkowiakowi, któremu przytrafił się błąd. W zasadzie jedyny. Ale jednak. W takich meczach trzeba być bezbłędnym. To spotkania z gatunku tych, w których mylić się nie wypada.
Kto zawinił?
Nie błąd Wojtkowiaka jest genezą porażki podopiecznych Waldemara Fornalika. To był tylko jeden z elementów przegranej. Istotniejsze jest coś innego. W meczu z Czechami, który mógł dać nam wyjście z grupy, Franciszek Smuda postawił na trójkę defensywnych pomocników. W spotkaniu z Ukrainą, które mogło dać nam szansę na awans na mundial, wyszliśmy z dwoma defensywnymi pomocnikami. Pytanie, co musiałoby się stać, aby piłkarska reprezentacja Polski wyszła z dwoma ofensywnymi pomocnikami, którzy mieliby zrobić przewagę w środkowej strefie?
W potyczkach towarzyskich tego nie testujemy. Na treningach piłkarze Fornalika również tego nie trenują. Na Boga, mamy grać o zwycięstwo. Mamy zdobywać bramki. A nastawienie psychiczne, które jest wpajane piłkarzom, brzmi następująco: „Najważniejsze nie stracić bramki”. Nieprawda. Maksyma drużyny narodowej powinna brzmieć: „Musimy strzelić o jednego gola więcej niż przeciwnik”. Takie nastawienie przede wszystkim nie jest demotywatorem w umyśle zawodnika przy ewentualnej stracie. Wówczas ten sam piłkarz natychmiast za cel postawi sobie zdobycie bramki.












