Wojciech Kowalski

Mafia sycylijska, „martwy” Icardi, De Bour na gorącym krześle – oto Inter

W klubie z Mediolanu wszystko pod napięciem

Sportal.co.nz
20 października 2016

Są tacy piłkarze, którzy chowając się za żelazną bramą dyplomacji, niejednokrotnie doprowadzają do szewskiej pasji najbardziej zatwardziałych kibiców. W końcu dla nich najlepsi są ci, którzy mówią to, co myślą, tzw. niepokorni. Znamy to  chociażby z naszego ligowego podwórka. Na Wiśle przykładowo idolem ultrasów pozostaje Patryk Małecki. Człowiek, z którym zresztą różnie ta relacja przebiegała, w końcu najbardziej pociągająca jest ta najtrudniejsza miłość. Od wielkiej pasji do nienawiści, na tym ma ona polegać. Wygląda na to, że właśnie ten drugi etap przechodzą kibice Interu ze swoim kapitanem, Mauro Icardim.

Icardi to zresztą niezły ancymon. Do tej pory jedną z jego najlepszych akcji było poderwanie żony swojego przyjaciela, Maxiego Lopeza, z którą zresztą wziął ślub i założył podobno przeszczęśliwą rodzinkę. Oczywiście potrafił również wiele od siebie dać w ofensywie, przez co zyskał szacunek u kibiców. Wreszcie jego talent doceniano na całym Półwyspie Apenińskim. Nieprzypadkowo od wielu tygodni spekulowano o jego przenosinach do Napoli.

„Mam przyjaciół, znam ludzi”

Gdy na początku października klub oficjalnie ogłosił przedłużenie kontraktu z Argentyńczykiem, wydawało się, że przynajmniej na jakiś czas Icardi zejdzie z pierwszych stron gazet. Stało się jednak zupełnie odwrotnie za sprawą biografii zawodnika, która ukazała się dokładnie tydzień później. A wiecie doskonale, jak to bywa z tego typu publikacjami – wszystko zależy od temperamentu zawodnika. Te najbardziej pikantne znikają z półek niczym świeże bułeczki. Nietrudno zatem było sobie wyobrazić, że akurat tytuł skoncentrowany na tak egzotycznej postaci jak Icardi będzie w sobie zawierał różnego rodzaju smaczki, przyciągając rzesze zainteresowanych. I rzeczywiście, to, co ukazało się na łamach „dzieła”, z miejsca rozpętało ogrom iskier, przy których gigantyczny pożar był tylko kwestią czasu.

Wszystko za sprawą wydarzeń z lutego 2015 roku, do których Icardi powrócił w jednym z rozdziałów. Po kompromitującej porażce, jaką wówczas „Nerrazurri” ponieśli w wyjazdowym meczu z Sassuolo (1:3), napastnik postanowił udać się do kibiców na tzw. rozmowę po polsku. Wówczas to w stronę ekipy Curva Nord miała zostać rzucona przez niego rzucona koszulka klubowa, odrzucona zresztą przez ultrasów. Według Argentyńczyka, chciał ją podarować pewnemu chłopcu, któremu ostatecznie została ona wyrwana przez „niehonorowych ludzi”. Na jego nieszczęście kibice pamiętają ową sytuację zupełnie inaczej. Jednak powyższa wersja była zaledwie początkiem afery. Icardi nie poprzestał na krótkim fragmencie, ze szczegółami recytując swoje refleksje na temat incydentu.

– W szatni potraktowano mnie jak bohatera. Powiedziałem jednak jasno: jestem gotowy stanąć przed nimi twarzą w twarz, z każdym po kolei. Może tego nie wiedzą, że wychowywałem się w jednym z południowoamerykańskich sąsiedztw z największym czynnikiem przestępczym i liczbami morderstw.

Najostrzej poleciał jednak tutaj:

– Ilu ich tam jest? Pięćdziesięciu? Stu? Dwustu? OK, nagrajcie i przekażcie im moją wiadomość. Przyprowadzę do nich stu kryminalistów z Argentyny.

I tak nastał huragan.

Soap opera czy serial kryminalny?

Reakcja ultrasów nadeszła natychmiastowo. W oczach części kibiców Icardi oficjalnie przyjął gustowny tytuł „persona non grata”. Dołączył tym samym do grona ludzi przekraczających cienką granicę między miłością a nienawiścią. „Dla nas jest martwy, niegodzien opaski kapitańskiej” – taki mniej więcej przekaz poszedł w świat. Wyraz swojej frustracji dali oni m.in. w niedzielnym spotkaniu na San Siro z Calgiari, przegranym zresztą przez gospodarzy 1:2. Co ciekawe, Icardi zmarnował w tym spotkaniu rzut karny, zaś w trakcie wykonywania „jedenastki” stadion… podzielił się na dwie strony.

Widząc ogromną frustrację na trybunach, napastnik postanowił przeprosić kibiców za swoje słowa, lecz jego deklaracja spotkała się już z dwojakim odzewem. Ci najbardziej emocjonalni oczywiście nie przyjęli tego uderzenia w pierś ze strony Argentyńczyka. Druga połowa zaś zmiękła, godząc się na kompromis. W efekcie sprawa wygląda na jeszcze bardziej zagmatwaną. Oliwy do ognia zaś dolewa fakt, że niektórzy w zachowaniu ultrasów dostrzegają kolejną próbę przejęcia wpływu na kluczowe decyzje dotyczące klubu. Jeśli rzeczywiście tak jest, to przyszłość dla „Nerrazurich” nie maluje się w najjaśniejszych barwach.

Wracając do Icardiego – cała sprawa niemal natychmiast stała się kurą znoszącą złote jajko dla wszystkich dzienników i prasy brukowej. Natychmiastowo do tej soap opery wciągnięto żonę piłkarza, Wandę, a także ghostwritera. Co ciekawe, w jednej z twitterowych plotek rozsianych przez dziennikarzy pojawił się wątek mafii sycylijskiej, która rzekomo była skłonna zająć się piłkarzem, oczywiście za drobną przysługę ze strony byłego męża Wandy, Maxiego Lopeza. Doprawdy, sam Harlan Coben nie wymyśliłby tego lepiej. Natomiast faktem jest, że grupa ultrasów z Curva Nord próbowała już zaatakować samochód piłkarza, czyhając pod jego domem z transparentem „Gdzie są twoi koledzy z Argentyny?”

 Czy leci z nami pilot?

Najbardziej skompromitowani w wyniku tej afery wychodzą sami działacze Interu, którzy najwyraźniej nie zajrzeli do publikacji Icardiego przed premierą. A jeśli nawet to uczynili, byli albo zbyt głupi, albo zbyt słabi, by wpłynąć na ostateczny kształt, pomijający kontrowersyjny fragment książki.

Najgorsze w tym wszystkim dla klubu, że cała afera wokół Icardiego to tylko wierzchołek góry lodowej. Nie lepiej przecież wygląda sytuacja sportowa wokół pierwszej drużyny, która od początku sezonu prezentuje się kompletnie źle. Niestety, wygląda na to, że zbyt późne przyjście do klubu Franka De Boera dziś daje o sobie znać. W lidze Inter zajmuje aktualnie 11. miejsce, zaś Liga Europy do czwartkowego wieczoru była prawdziwym koszmarem. Niemniej minimalne zwycięstwo z Southampton po przeciętnej grze niewiele zmienia. Mimo krótkiego czasu przygotowań, a także promyka nadziei w postaci wrześniowego zwycięstwa nad Juventusem pozycja Holendra jest mniej więcej taka, jak do niedawna Besnika Hasiego w Legii. Kibice najchętniej wywieźliby De Boera na taczkach, licząc na poważniejszego kandydata w roli sternika ekipy. Jednak i tu pierwsza lista potencjalnych kandydatów nie nastraja jakimś szczególnym optymizmem. Leonardo przecież nigdy nie osiągnął czegoś niesamowitego. Bielsa ma zaś swoje humory, nigdy nie wiadomo, co ostatecznie zrobi, a takich ludzi chaotycznemu obecnie klubowi potrzeba najmniej. Jest jeszcze wariant z Fabio Capello, a także największa nadzieja, jaką byłoby zakontraktowanie samego Diego Simeone. Ta ostatnia wersja brzmi mimo wszystko jak melodia przyszłości.

Wymagający właściciel

Jednak to tylko same marzenia ze strony kibiców, a co z najważniejszymi osobami decyzyjnymi, czyli właścicielami? Cóż, Inter od pewnego czasu przechodzi zmiany, w końcu klub dostał się w ręce  The Suning Society. Jej właścicielem jest Zhang Jindong, który w 1990 roku wraz z bratem otworzył sklep z urządzeniami klimatyzacyjnymi, a już 15 lat później został jednym z najbogatszych ludzi w kraju. To człowiek nastawiony na szybki sukces, gotów podejmować radykalne decyzje. Widać to na przykładzie innego zarządzanego przez niego klubu, Jiangsu Suning, z którego to w tym roku zwolniono Dana Petrescu, pomimo zdobycia przez Rumuna Pucharu Chin. Ósma pozycja okazała się jednak dla właściciela niezadowalająca. Można się spodziewać, że w Mediolanie również nie każe sobie długo czekać na efekty inwestycji. Oficjalnie jego przedstawicielem w klubie pozostaje syn, Steven. Podobno nie był on obecny na poniedziałkowym spotkaniu czołowych pracowników klubu. Nie oznacza to jednak, że nie interesują go wyniki. Według włoskiej prasy dla De Boera najbliższe dni mogą być decydujące.

Trudno w to uwierzyć, że jeszcze sześć lat temu, Inter był europejskim dominatorem. Od kilku lat niestety dryfuje od jednego sztormu do drugiego. I nadal nie wiadomo, w którym konkretnie kierunku.

Zapisz

Zapisz

Komentarze:
Przeczytaj także: