Wojciech Kowalski

Alan Pardew na razie więcej nie zatańczy

Szkoleniowca Crystal Palace, po wielu tygodniach spekulacji, dopadła gilotyna

23 grudnia 2016

Wszystko ma swoje granice, jednak w przypadku szefostwa Crystal Palace pokłady cierpliwości od kilku tygodni wydawały się studnią bez dna. Alana Pardew można było przecież zwolnić już dawno. Mimo to w ciągu ostatnich tygodni wyrok odkładano z nadzieją na odwrót sytuacji w tabeli. Do czegoś takiego nie doszło, to Steve Parish, mówiąc pół żartem, pół serio, postanowił kibicom „The Eagles” sprawić prezent pod choinkę — zwolnił trenera.

Tak już zostało to zasygnalizowane na początku, Pardew od wielu tygodni igrał z ogniem, mniej więcej co kolejkę wysyłając kolejne sygnały o degrengoladzie panującej w szatni Palace. Nie chodzi tu co prawda o jakąś patologię, lecz kompletny bałagan zespołu na boisku. Każde kolejne spotkanie drużyny z Selhurst Park przypominało te same akordy okropnego bożonarodzeniowego utworu serwowanego przez stacje radiowe. Do bólu męczące, a jednocześnie ogromnie irytujące.

Zagubiony zespół

Pierwszy przykład z brzegu? Organizacja gry, a raczej jej totalny brak. Niemal od tygodni, oglądając skróty spotkań angielskiej Premier League, człowiek łapał się za głowę, próbując ogarnąć chaos panujący w poszczególnych formacjach zespołu, zwłaszcza defensywnych. Te zaś notorycznie powtarzały identyczne błędy. Weźmy pod lupę np. stałe fragmenty gry, w których cały zespół przypominał dzieci we mgle. Chociaż niemal tydzień w tydzień o konieczności poprawy tego elementu alarmowali wszyscy na Wyspach, Pardew nie udało się nawet w drobnej części skorygować zachowania piłkarzy przy dośrodkowaniach. Doszło już do takich oto absurdów, że zasiadając w sobotni wieczór przed programem „Match of The Day”, już wiedzieliśmy, czego można się spodziewać po analizie gry Palace autorstwa Alana Shearer’a czy Phila Neville’a. Jasne, chociaż sami, idąc zwyczajem Arsene’a Wengera, podchodzimy z dystansem do mądrych słów padających na antenie BBC, akurat w przypadku ekipy Pardew i tej kwestii trudno nie było przyznać racji telewizyjnym eskpertom.

Zresztą, niech przemówią liczby. Tylko w tym sezonie Palace straciło już 13 goli po stałych fragmentach, najwięcej w lidze. Oczywiście, z drugiej strony sami dzięki nim do siatki rywali trafiali 11-krotnie. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że problem istnieje. Widać go również w innej ciekawej statystyce.

 

 Brak posłuchu

Symbolem taktycznej ignorancji Palace jest Christian Benteke. Kilka tygodni temu jego zespół rozegrał na Liberty Stadium szalone spotkanie ze Swansea, okraszone dziewięcioma golami, z których dwa piłkarze Alana Pardew stracili w doliczonym czasie gry. Przyczyna? A jakże – stałe fragmenty gry. Po tamtym spotkaniu wielu komentatorów zwróciło uwagę na wyjątkowo obojętne zachowanie belgijskiego napastnika aż przy trzech gola dla „Łabędzi”. Chociaż jego znikome zaangażowanie w obronę mogło wprawić w prawdziwą furię, szkoleniowiec Crystal Palace nie wyciągnął wobec piłkarza żadnych większych konsekwencji. Tym samym dał w pewnym sensie przyzwolenie na tego typu praktyki.

Z Bentekem to w ogóle ciekawy przykład. Okazuje się, że zawodnik ma już na sumieniu aż trzech szkoleniowców. Sprowadzający go do Aston Villi w 2012 roku Paul Lambert został w przeszłości zwolniony przez władze klubu z powodu złych wyników. Podobny los spotkał też Brendana Rodgersa w Liverpoolu, a teraz Alana Pardew. Sami więc widzimy, że na razie mało kto ugruntował swoją pozycję dzięki dobrej grze Belga. A Pardew w tym wszystkim trochę nam szkoda. Gość naprawdę wierzył, że znalazł prawdziwego snajpera, kupując Benteke aż za 31 milionów euro. Nie pomogły również inne letnie zakupy, na które klub także wydał niemało (Androws Townsend, prawie 16 milionów, i James Tomkins ponad 11 milionów).

Przeciętny zespół i taniec

Ogólnie podsumowując cały okres pracy Alana Pardew na Selhurst Park, powinniśmy podzielić go na kilka epizodów. Sam początek pracy w nowym klubie Anglik miał całkiem przyzwoity. Kiedy przyszedł tam w połowie sezonu 2014/2015, Crystal Palace wyrazie odżyło i zakończyło sezon na 10. miejscu. Szkoleniowiec na koniec rozgrywek mógł się pochwalić bilansem średniej 1,72 pkt na mecz. Przede wszystkim zaś pokazał opinii publicznej, że wcale nie jest tak tragicznym szkoleniowcem, za którego go wówczas uważano, po wykańczającej pracy z Newcastle. Pamiętamy, w jakich okolicznościach żegnano trenera; poświęcono mu nawet specjalne konto (Sack Pardew) w mediach społecznościowych.

Drugi sezon szkoleniowca w roli sternika „Orłów” był już nieporównywalnie gorszy, przynajmniej jeśli chodzi o ligę. Całe rozgrywki jego zespół zakończył na 15. miejscu w tabeli, bilans trenera zaś wyniósł już zaledwie 1,11 pkt na mecz. Osłodą dla kibiców miał być jednak finał FA Cup, w którym drużynie Pardew niewiele zabrakło do pokonania Manchesteru United. Ostatecznie trofeum nie udało się zdobyć. Kibicom natomiast pozostał po tamtym widowisku szalony taniec trenera Crystal Palace, kiedy już strzelono bramkę.

Teraz Pardew może zatańczyć raz jeszcze. W końcu otrzymał 5 milionów odszkodowania.

Z perspektywy czasu jednak szkoleniowcowi równie dobrze można było już wtedy podziękować za dotychczasowe usługi. Tak naprawdę zespół znajdował się na równi pochyłej, z czego chyba jeszcze mało kto sobie zdawał sprawę. Tymczasem dziś kolejne statystyki są bezkompromisowe. Kryzys zespołu zaczął się na dobre już w styczniu. W ciągu 36 ligowych spotkań rozegranych na przestrzeni całego roku kalendarzowego drużyna wygrała tylko sześciokrotnie, zdobywając łącznie 26 punktów. To bezapelacyjnie najgorszy wynik spośród wszystkich drużyn obecnie występujących w Premier League (poza beniaminkami). Reasumując, chyba nikt nie ma wątpliwości, że zmiana była konieczna.

Big Sam na horyzoncie

Pytanie tylko, czy kandydat na następcę Pardew okaże się wystarczająco dobrą zmianą. Na Wyspach nikt nie ma już wątpliwości, kogo tym razem Steve Parish postanowi zatrudnić. W grę wchodzi tylko praktycznie jedno nazwisko – Sam Allarydyce. Dziennikarze przekonują, że byłego selekcjonera reprezentacji Anglii na ławce Palace zobaczymy już w Boxing Day. Według „The Intependent” Allardyce miał być już pod koniec listopada w kontakcie z amerykańskimi współwłaścicielami Palace. Wówczas przygotowałby dokładną analizę gry zespołu w spotkaniu ze Swansea, zawierającą ewentualne wytyczne dotyczące styczniowych zmian i potrzeb.

Abstrahując od demonów, jakie krążą wokół postaci Big Sama, jego kandydatura wydaje się nadzwyczaj logiczna z kilku powodów. Allardyce to idealne rozwiązanie, jeśli weźmie się pod uwagę to, czym dysponuje obecnie drużyna z Londynu. Jest on człowiekiem delektującym się typowym fizycznym futbolem, opartym na prostocie zagrań i dalekich podaniach. Dodatkowo mocno koncentruje się na pracy wokół stałych fragmentów gry. Dla zespołu, który ma z nimi ogromny problem, może to być idealna recepta. Dodatkowo były szkoleniowiec m.in. West Hamu i Sunderlandu lubi zawodników o profilu Christiana Bentekego, silnych i dobrze grających głową. Można się zatem spodziewać, że to własnie na Belgu potencjalny manager Palace próbowałby oprzeć atak. I kto wie, czy jako pierwszy nie spaliłby się na tym zawodniku.

Oczywiście, kwestia prowokacji, w której wyniku Allardyce musiał opuścić posadę selekcjonera, z pewnością nie będzie go dotyczyła. Sami kibice kręcą lekko nosem wobec ewentualnego zatrudnienia Big Sama. Z drugiej strony większość ekspertów nie ma co do jednej tezy żadnych wątpliwości. Jak ujął to m.in. dziennikarz „The Guardian” Paul Wilson, Allardyce jest zwyczajnie zbyt solidnym fachowcem, by pozostawać bez pracy.

Niektórych Anglików może to boleć, lecz naszym zdaniem Big Sam to w dalszym ciągu czołówka angielskiej myśli szkoleniowej. Że nie zdołał on przecież dokonać czegos wielkiego? To już problem na inny artykuł.

Komentarze:
Przeczytaj także: