Gdy Stanisław Czerczesow przekonywał, że nikt sobie nie wyobrażał, że Legia będzie liderem po 36 kolejkach, szydziliśmy: ma rację, jak można się było tego spodziewać po klubie z tak małego miasteczka, z garstką kibiców na trybunach i tak skromnym budżetem. Stołeczny zespół od początku był „underdogiem”, a jego historia to niemal kopia mistrzowskiej drogi Leicester City, na której biedak pokonał szejków – tyle że zamiast Manchesteru City Legia odstawiła potężnego Piasta, a w miejsce Arsenalu pojawił się bogacz ze Szczecina.A jaka jest rzeczywistość? Rzeczywistość, którą pokazała także mistrzowska feta z imponującym przemarszem i przytłaczającą rozmachem imprezą na Starówce, jest taka, że slogan „Legia United”, ukuty właśnie przez rosyjskiego trenera, to nie życzenie, ale fakt. Że slogan „Warszawa United” to nie jest jakieś reklamowe hasło, ale rzetelny opis obecnego stanu w mieście.
Już na Dworcu Centralnym do taksówek zaganiał mężczyzna w koszulce na stulecie Legii. Zresztą duża część z tych taksówek była ozdobiona chorągiewkami w barwach klubu. Na „patelni” w charakterystycznych barwach występowali i roznosiciele ulotek, i goście, którzy już we wczesnych godzinach porannych rozpoczęli świętowanie tytułu. Na kilka godzin przed meczem zapełnione kibicami były i puby w centrum, i każda, nawet najmniejsza miejscówka na Rozbrat. Im bliżej stadionu, tym więcej śpiewów, więcej grup, więcej koszulek, więcej symboli. Kolejne „podskakujące” od dopingu autobusy, oczywiście też z chorągiewkami Legii, zwoziły na Łazienkowską jakieś nieprzeliczalne masy ludzi.
Trzydzieści tysięcy na stadionie, komplet – to było jasne od dawna. Ale prawdziwą manifestacją siły dzisiejszej Legii było to, co działo się poza trybunami. W restauracji pod „Żyletą” przelało się tyle piwa, że zyski z tego dnia mogłyby niektórym klubom z niższych lig pokryć budżet na cały sezon. Sports Bar na długo przed meczem był zwyczajnie przepełniony – kibice wylewali się z niego, szczelnie zapełniając cały chodnik przed trybuną. Tam doping zerwał się o wiele wcześniej niż za bramką na obiekcie. Przy telebimie i kilkunastu ekranach zgromadzili się ci, których trybuny nie zdołały pomieścić. A tego typu osób było o wiele więcej – pod słynnym „Źródełkiem” doping również trwał niemal cały mecz, a obłożenie lokalu zdecydowanie przerosło możliwości, że tak to określimy – przestrzenne.
To, co jednak najmocniej przykuwało uwagę, to nie liczba, nie kondycja gardeł – ale zyski ze strony klubu. Legia dokonała czegoś, co do tej pory było niemal niemożliwe. We wspomnianych barach połowa kibiców ubrana była w ciuchy z nowej kolekcji Legii, część zresztą kupowała je na miejscu w sklepie, który na kilka godzin przed meczem również przeżywał prawdziwe oblężenie. Klubowe dresy, klubowe koszulki, klubowe bluzy, klubowe skarpetki. Jedni zakładali legijne gadżety pod marynarki, inni pewnie ostatni raz zdejmowali je przy okazji spotkania z Piastem. Tu też widać było to wyjątkowe zjednoczenie, tutaj też dało się zauważyć, że na Łazienkowską przyjechały wszystkie warstwy społeczne Warszawy. Zresztą najlepszym wyznacznikiem był chyba w tym wypadku środek transportu. Ludzie w autobusach, spacerowicze, kolejni na rowerach miejskich, dwóch młodych łebków na deskorolkach, no i cała plejada samochodów, od kilkunastoletnich rzęchów po świeżo wyprowadzone z salonu błyskotki, które już wyposażono w zapach (z oficjalnego sklepu) i chorągiewkę w barwach.











