Dożyliśmy takich czasów, kiedy na papierze nazwiska reprezentacji Italii nie robią nas większego wrażenia. Zwłaszcza te w ataku, obrona wciąż budzi respekt. Co tam jednak z nami, skoro nawet w samym kraju drużynę narodową wyjeżdżającą na turniej do Francji żegnano komentarzami, które z politowaniem oceniały ewentualne szanse ekipy Conte na jakikolwiek sukces. A skoro już do takiej sytuacji doszło nawet w Italii, to nie dziwota, że prognozy ze strony całego świata piłkarskiego raczej nie wróżyły Włochom większego sukcesu. Tyle że znowu, jak to bywa w przypadku „Squadra Azzurra”, większość ekspertów mogła się schować. Bo faktem jest, że Włosi znowu pokazali, że, zwyczajnie, nigdy nie należy ich skreślać.
Kapitalny mecz Włochów
Tak to już bywa, na świecie istnieją pewne podstawowe zjawiska, których żaden naukowiec nie jest w stanie podważyć. Z pewnością jednym z nich jest nieprzewidywalna, ale i niezwykle groźna reprezentacja Włoch podczas wielkich turniejów. Nawet to, co dziś wydawało się mało prawdopodobne, stało się faktem. Drużyna, której atak stanowią tacy piłkarze jak Eder i Pelle, ujmijmy to tak, raczej niezbyt działający na wyobraźnię zawodnicy, spacyfikowała dziś reprezentację Belgii.
Tutaj nic nie było dziełem przypadku. Jeśli ktoś spodziewał się, że Włosi będą na boisku wyglądać jak dzieci we mgle, to już po pierwszych minutach mógł spokojnie zmieniać swoje zdanie. Podopieczni Conte zagrali dokładnie tak, jak można by się dawniej spodziewać po ich poprzednikach, reprezentujących kraj na przez wiele lat. Czysty pragmatyzm, wyrachowana gra o wynik, bez większego ryzyka i blisko siebie, to wszystko dzisiaj było. Klasyczna wizytówka Włochów? Na pewno. Ale zaryzykujemy, twierdząc, że bez Conte na ławce wcale by to tak składnie nie wyglądało.
Bo faktem jest, że były szkoleniowiec Juventusu, dzisiaj cierpiący przez cały mecz na krwotok z nosa, miał pomysł na to spotkanie. I z chirurgiczną precyzją wprowadził go w życie. Jasne, nie był to piękny futbol, finezyjny, ale Conte zawsze należał raczej do typu zadaniowca. Człowieka, który w pierwszej kolejności stawia na wynik. Dziś udowodnił, że w takiej roli po prostu najlepiej się odnajduje. Nos nam podpowiada, że w przyszłym sezonie napsuje on krwi niejednemu Guardioli czy Mourinho.
Mówiono, że dziś ujrzymy trzeci garnitur Italii. Tyle że są to słowa wprost obraźliwe, za które na maturze egzaminator mógłby spokojnie oblać ucznia za wypracowanie z języka polskiego. Przecież jak można tak mówić o ekipie, której defensywa po prostu aż kipi od profesury. Bonucci, Chielini, Barzagli…dziś cała trójka czapką przykryła gwiazdy „Czerwonych Diabłów”. Jeden z naszych kolegów stwierdził, że to być może najlepsze zestawienie obrony na świecie. I wiecie co? Tak na logikę, ta teza ma swoje ręce i nogi.
Żeby nie być gołosłownym, pokrótce spójrzmy, jak to faktycznie wyglądało z pracą defensywy. Po pierwsze, Włosi skutecznie zneutralizowali dziś gwiazdy Belgów. Hazard? Przeciętny. De Bruyne? Wyłączony z gry. Mertens? Porażka. O Fellainim to już w ogóle nie mówmy. Podsumowaniem niech będzie fakt, że w pierwszej połowie graczy Wilmotsa stać było tylko na kilka nędznych strzałów z dystansu, poza jednym niezłym uderzeniem Nainggolana. Wymowne. W drugiej połowie wyglądało to już lepiej, ale raczej wynikało to po części ze zmęczenia Włochów.










