Reprezentacja Polski bezbramkowo zremisowała z Grecją po dość wyrównanym meczu. Pierwsza połowa toczyła się w imponującym tempie, czego nie można powiedzieć o drugiej, która była rozgrywana niemal na stojąco.
Symbolicznym akcentem tego spotkania było reprezentacyjne pożegnanie Michała Żewłakowa. Przed pierwszym gwizdkiem zawodnik tureckiego Ankaragucu odebrał pamiątkowe upominki od władz PZPN-u, a także przedstawicieli Olimpiakosu. Z murawy zszedł w 60. minucie, żegnany uściskami kolegów z boiska oraz gromkimi brawami na trybunach.

Pierwsza połowa mogła napawać optymizmem. To Polacy przejęli inicjatywę i stworzyli większe zagrożenie pod bramką rywala. Chociaż golem zapachniało najpierw pod bramką „Biało-czerwonych”, kiedy to w 11. minucie kapitalny strzał z dystansu oddał Mitroglou. Jak struna wyciągnął się jednak Sandomierski, popisując się tym samym efektowną robinsonadą. Polacy pierwszy groźny atak przeprowadzili w 20. minucie – dynamiczny rajd Peszki próbował wykończyć Lewandowski, jego strzał nieznacznie minął słupek bramki. Sześć minut później z najwyższym trudem uderzenie Obraniaka z rzutu wolnego obronił Chalkias. Akcja ta zdeterminowała kolejne ataki Polaków. 60 sekund później ponownie przed szansą stanął pomocnik Lille, tym razem jego strzał wylądował ponad bramką (warto zanotować, że „Biało-czerwoni” wymienili wcześniej kilka szybkich podań na połowie Greków). Świadkami podobnej sytuacji byliśmy w 32. minucie, lecz Polacy znów okazali się nieskuteczni. Strzał Peszki o milimetry minął słupek bramki. Pod koniec pierwszej odsłony ożywili się gospodarze. Najgroźniej pod bramką Sandomierskiego było na cztery minuty przed gwizdkiem kończącym pierwszą część gry. Fatalny błąd popełniła cała defensywa, zostawiając bez opieki Mitroglou. Kapitalną interwencją wykazał się jednak bramkarz Jagiellonii, ratując reprezentację przed golem do szatni.
W drugiej połowie tempo znacznie opadło. Zawodnicy nie forsowali tempa, to, co działo się na murawie, przypominało piknik, a nie mecz piłkarski. Trzy kwadranse przyniosły w zasadzie tylko jedną klarowną sytuację. Niespełna dwie minuty po wznowieniu gry długi wykop piłki Sandomierskiego trafił wprost pod nogi Lewandowskiego, który znalazł się sam na sam z bramkarzem. Napastnik Borussii pogubił się jednak w swoich dryblingach, marnując tym samym dwustuprocentową okazję do zdobycia gola. W 68. minucie strzał z dystansu oddał Peszko, futbolówka nie znalazła jednak drogi do bramki. W końcówce spotkania z daleka uderzał także Murawski, ale skuteczną interwencją wykazał się Chalkias. I to na tyle, jeśli chodzi o bramkowe sytuacje.












