Euro, choć powoli się kończy i nie jest już tak intensywne jak wcześniej, nie pozwala o sobie zapomnieć. Do tego doszły europejskie puchary z udziałem Cracovii polskich klubów i Superpuchar naszego kraju. Za moment zaczniemy mistrzostwa kontynentu do lat 19, no i ekstraklasę rzecz jasna. Po co komu przerwa od piłki?Futbol to biznes, a biznes musi się kręcić. Infantylne stwierdzenie dopiero teraz nabiera prawdziwego znaczenia. Jeśli jesteś, drogi czytelniku, podobnie zafiksowany na punkcie kopanej, możliwe, że po raz pierwszy w swoim życiu poczujesz w tym roku to, co każdy piłkarz w naszej lidze odczuwa już w pierwszej kolejce gier. Zmęczenie sezonem. Pytanie, czy właśnie tego chcą od nas włodarze piłkarskich struktur. Żeby sprzedać swój produkt, powinni dbać o kondycję mentalną klienta. Znużony „kupi” produkt chyba tylko z litości.
Lato oferuje człowiekowi tyle możliwości. Poszłoby się na grzyby, rozpaliłoby się ognisko ze znajomymi, albo wciągnęłoby się do głowy jakąś dobrą książkę, najlepiej gdzieś w plenerze. Ale jak to, przecież Euro. A po Euro liga. A po lidze Liga Mistrzów. Przypomnijmy, że przed francuskim czempionatem poziom emocji rósł tak szybko, że po zakończeniu sezonu wszyscy zastanawiali się, co jedzą polscy piłkarze na obozie w Arłamowie i co Lewandowski powiedział Błaszczykowskiemu na treningu. Choć tego typu newsy zwykle akurat nie interesują wytrawnych obserwatorów piłki, tych, którzy każdy mecz oglądaliby nawet, gdyby był nagrywany kalkulatorem i leciał o trzeciej w nocy, oni też czuli, że futbol jest ciągle obecny, nawet gdy nikt w tym momencie nie grał. Nie ma wytchnienia.
Teraz piłkarz musi być atletą zdolnym do znoszenia maksymalnych obciążeń przez kilkadziesiąt spotkań rocznie, rekordowo nawet około osiemdziesięciu. Niestety, podobną wytrzymałością musi teraz wykazać się także obserwator, kibic.
Niegdyś turnieje docelowe, czy to Euro czy mundial, były, przynajmniej dla piszącego ten tekst, prawdziwą ekstazą. Czymś, na co czekało się już od ostatniego gwizdka sędziego w finale. Łzy po pechowej porażce Holandii na mistrzostwach Europy w 2000 roku, smutek po nieudanej przygodzie kadry Engela w Korei. I ta kretyńska fryzura „na Ronaldo”, którą chcieli mieć wszyscy koledzy na podwórku. Ten entuzjazm miał nie gasnąć, powinien wręcz rosnąć. Mniejszy natłok meczów (to zarzut w kierunku UEFA i rozbudowanego Euro) sprawiał, że wielkie starcia reprezentacyjnych gigantów były prawdziwym stymulantem. Faza grupowa, spotkanie o godzinie 17. Po ostatnim gwizdku wszyscy na boisko, przegadać, co się wydarzyło i godzinkę pokopać jak ci wielcy. Godzina 20, drugi mecz, po którym czekała chwilowa bezsenność z emocji. We Francji stymulant zmienił się w depresant. Poza nielicznymi wyjątkami o wiele prędzej doświadczamy senności aniżeli niemożności zaśnięcia.
Tempo meczów rośnie z roku na rok. To stwierdzony fakt. Typowe, nieco „romantyczne” „dziesiątki” w typie Juana Romana Riquelme odchodzą do lamusa. Teraz piłkarz musi być atletą zdolnym do znoszenia maksymalnych obciążeń przez kilkadziesiąt spotkań rocznie, rekordowo nawet około osiemdziesięciu. Niestety, podobną wytrzymałością musi teraz wykazać się także obserwator, kibic. Odpuszczenie sobie śledzenia piłkarskiego świata na dwa tygodnie, zwłaszcza w okresie letnim, skutkuje koniecznością szybkiego nadrobienia zaległości, żeby było wiadomo co, kto, gdzie i dlaczego. Trochę jak w amerykańskich operach mydlanych. Pięć odcinków to trzy śluby i dwa rozwody.










