Czy to możliwe? Paradoksalnie tak. Wiele milionów kibiców czyni to, oglądając mecze FC Barcelona. Ale to nuda inna niż wszystkie, piękna dla oka, wyrafinowana, niezwykła.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że spotkania Barcelony są nudne. W jej czterech z pięciu meczów tego sezonu w ramach La Liga, rozgrywanie drugiej połowy w zasadzie nie było konieczne. Racing dostał od „Barcy” trzy, Atletico cztery, a Sporting dwa gole w ciągu pierwszych 45. minut. Z Getafe bramki padły w drugiej części, a z Malagą wynik otwarto dopiero po 39 minutach. Ale cóż z tego, skoro przewaga Barcelony i tak zwiastowała jej zwycięstwo od samego początku? Nawet bezbramkowy remis z Interem, to ciągłe ataki Katalończyków i ogromna przewaga w posiadaniu piłki. Fani Barcelony, chyba jako jedyni na świecie, oglądają mecze swojej drużyny i śmiało mogą pytać nie o to, czy „Blaugrana” wygra, ale o to, jak wysoko zwycięży tym razem. Może za jakiś czas podobnie będą postępować fani Realu, ale na razie, mimo doskonałej formy „Królewskich”, przed żadnym spotkaniem nie mogą być pewni zwycięstwa.

Barcelona gra futbol doskonały. To hybryda finezji i skuteczności. Połączenie pracy z zabawą, jaką jest dla jej piłkarzy gra w piłkę. I właśnie z tych kilku powodów mówię, że Barcelona jest nudna. Kibic czeka na hit ligi hiszpańskiej, w którym na Camp Nou przyjeżdża Atletico. Ma być walka, emocje. Ale emocje topniały z każdą minutą, a w trzydziestej minucie, kiedy było już 3:0, nie było ich w ogóle. Piłkarze Barcelony lubują się w posiadaniu piłki. Nieraz ich ataki pozycyjne trwają nawet ponad dwie minuty, zanim któryś z graczy odda strzał bądź straci pikę. Jak słusznie wyliczył jeden z dziennikarzy, 108 dotknięć piłki potrzebowali zawodnicy Pepa Guardioli, by wreszcie zakończyć akcję w jednym z niedawnych meczów. Kibic siedzący przed telewizorem podczas meczu Barcelony zazwyczaj ogląda mecz tylko jednej drużyny. Taki boiskowy monolog. Przeciwnik jest tam tłem sam dla siebie. Statystuje. Podziwia Katalończyków i sprawia wrażenie, jakby nie chciał im przeszkadzać we wprawianiu w zachwyt swoich fanów. Muszę jednak przyznać, że nie potrafię oprzeć się pokusie, jaką jest oglądanie katalońskiej nudy. Bo tylko ta nuda potrafi zachwycić. Piłkarze Guardioli to czarodzieje, którzy poruszają nogami niczym magicznymi różdżkami, za pomocą których płka w cudowny sposób wpada do siatki.
Jak Europa długa i szeroka, tak ciężko mi wskazać drużynę, która jest w stanie poważnie zagrozić Barcelonie. Real? Na pewno w Gran Derby będzie równorzędnym rywalem, ale zwycięzca pojedynku Barcelony z Realem nie musi zostać mistrzem kraju. I jeśli wygrają „Królewscy”, to wydaje mi się, że faktycznie nim nie będzie. A może w Champions League? Może ktoś z Anglii? Arsenal i Manchester United są raczej za słabe, z całym szacunkiem dla tych zespołów. Chelsea i Liverpool na pewno będą groźni. Jeśli ktoś ma wyrzucić Barceloną poza burtę Ligi Mistrzów, to właśnie któraś z tych dwóch ekip. Bo ani Juve, ani Inter, według mnie, w dwumeczu „Barcy” nie pokonają.











