Tak, dobrze widzicie. Kobieta, a jej imię to Wanda. Wanda, co nie chciała Niemca.
Bo ja nie chcę Niemców w reprezentacji. Jeśli piłkarz mówi, że w meczu Niemcy – Polska będzie kibicował tym pierwszym, nie ma prawa nawet usiąść w sektorze razem z polskimi kibicami, co dopiero reprezentować ich kraj.
Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Polanski zachwyca w reprezentacji. Lewą nogą wiąże krawaty, prawą urywa ręce bramkarzom. Zawsze najlepszy na boisku. Drybluje lepiej niż Kuba, strzela lepiej niż „Lewy”, w obronie radzi sobie jak Jodłowiec i Głowacki razem wzięci. „Ten Polanski w sumie nie jest taki zły” – zaczynają myśleć kibice. W klubie też idzie mu nie najgorzej. Mainz w tabeli plasuje się na poziomie podium, sam zawodnik zbiera niezłe recenzje. Dostaje powołanie od trenera reprezentacji Niemiec na spotkanie eliminacyjne. Z pełną świadomością je przyjmuje. Gra, Klose po jego podaniu umieszcza piłkę w pustej siatce. Obaj toną w objęciach kolegów, z pełną premedytacją skandują coś w kierunku trybun, a Smudzie, Zielińskiemu czy innej Olejkowskiej rzednie mina.
Piękne. Jak mówi poeta, „tak piękne, jak jeść zimne oliwki o trzeciej nad ranem, kiedy pół miasta stoi w płomieniach”.
Bo intencji Matuszczyka jestem pewien. Ale Polanskiego czy Boenischa już nie. Widzicie, z jaką pychą chodzi po boisku? Z jaką dumą przygładza ulizane włoski? Jeśli w waszych żyłach płynie biało-czerwona krew, nie możecie tego nie zauważyć.
Dziwię się, że piłkarze tak po prostu go przyjęli w kadrze. Że kibice nie gwizdali. Że Smuda, jakby mógł, wymodelowałby mu włoski, wypastował buty. Że Iwański z Majdanem zdawkowym śmiechem kwitowali jego dawne słowa.
Abstrahując od moich nacjonalistycznych niechęci (nie rozumiem, dlaczego nacjonalizm odbierany jest pejoratywnie), Polanski to grajek co najwyżej średni.
Taki piłkarz powinien być zmotywowany trzykrotnie bardziej. Po pierwsze to jego debiut, po drugie dostał duży kredyt zaufania, po trzecie ma szansę na złagodzenie nieprzychylnych opinii. Tymczasem rozgrywa przeciętny mecz. A powinien gryźć trawę! Oglądaliście w poniedziałek Koronę? Korzym przebiegł 40 metrów na sprincie, tylko po to, by piłka nie wyszła na aut. Po takim zachowaniu śmiało można sparafrazować klasyka: „Maciek, jeszcze masz trawę między zębami!”
By nie być gołosłownym, opracowałem statystykę gry Polanskiego w meczu z Gruzją:
podania do najbliższego: 28
podanie do prawie najbliższego: 5
przerzuty: 1
straty: 7
przegrane pojedynki: 4
wygrane pojedynki: 2
oddalenie zagrożenia: 5
brak asekuracji: 2
odbiory: 1
zablokowane strzały: 1
Wnioski: Mistrz gry na alibi. To niedopuszczalne, żeby pomocnik nie zanotował podczas meczu ani jednego prostopadłego podania. Matuszczyk gra na tej samej pozycji, a w czasie spotkania posyła co najmniej dwie czy trzy dobre piłki. Można to wybaczyć, kiedy do policzenia odbiorów trzeba użyć palców u nóg. A tutaj… też słabiutko. Jeden odbiór, jak na defensywnego pomocnika, czyli zawodnika bazującego właśnie na tym elemencie gry – mizeria. Mecz niezły, ale nie dobry. Bez finezji, bez dużych błędów. Ale Murawski przy Polanskim wyglądał jak profesor.










