Nosi szatańską fryzurę, słucha szatańskiej muzyki, gra w „Diabolo”. Wszyscy na niego psioczą, parę osób go kocha.
Serb przyjeżdżał do Polski z łatką mitycznego tworu, znanego nad Wisłą tylko podczas pojedynczych spotkań rozgrywanych przy jupiterach, pełnych trybunach, kolejkach do sklepu kibica i masowych jękach zawodu po ostatnim gwizdku. Zupełnie inny piłkarski świat. Coś, jakby Leonardo Di Caprio przypadkiem znalazł się w Warszawie, spotkał Marka Koterskiego i, ściskając jego dłoń, powiedział: „Hej, fajnie tu u was. Może zostanę i coś nakręcimy?”.

Pół miliona euro rocznie na dzień dobry. Polski piłkarz, żeby tak zarabiać, musiałby co dzień publicznie pucować audicę prezesa, wyprowadzać jego pieska, parzyć kawę pani prezesowej, bynajmniej nie kierując na nią przeszywających spojrzeń, ale trzymając łapy przy sobie.
No, ale do rzeczy. Do polskiej ligi zawitała postać wybitna. Można się spierać, ile procent dawnego Ljuboi stanowi dzisiejszy Ljuboja, ale jedno trzeba oddać – to nie piłkarz, który liznął zachodu, jak Iliev czy inny Manu. To piłkarz, któremu od lizania zdrętwiał już język. I bynajmniej nie lizał czekolady przez szybę.
Na takiego piłkarza siłą rzeczy patrzy się inaczej, przyrównuje do innej miarki. Bo to nie tylko dobry zawodnik, ale także nieszablonowy charakter. Piłkarski enfant terrible. Myślenie polskich kibiców, nastraszonych opowieściami o dyscyplinarnych zakrętach Serba, było jednoznaczne: „Chwilę pogra, a później mu odpier… Ciekawe tylko kiedy”. Sam się o to bałem i w tym strachu trwam do dziś.
Skorża ma z nim spory problem. To nie jest piłkarz, którego można zagłaskać ani tym bardziej dać mu taryfę ulgową. To jest piłkarz, którego zachowanie odbija się na szatni. Pozytywnie lub negatywnie. Niemniej większość zawodników Legii w oficjalnych wypowiedziach zgodnie potwierdza, że charaktery Ljuboi czy Żewłakowa pozytywnie wpłynęły na szatnię. Dobrze poinformowana prasa mówi co innego – Ljuboja miał sprowadzić Radovicia na złą drogę i wspólnie z nim zamienić się w buldożera, którego stery prowadzą wprost na szatnię.
Ljuboja ma też rzekomo zły wpływ na młodych zawodników. I tutaj mamy już więcej rzeczowych argumentów. Kiedy takowy podczas meczu nie poda piłki do Ljuboi, ale wybierze na przykład dużo lepsze rozwiązanie akcji – strzał z dystansu – wylewany jest na niego kubeł zimnej wody. Ljuboi, w jego mniemaniu, piłka się należy. Masz mi podać i koniec! To nie tak powinno być.
Ponadto Ljuboja nieco (nieco?) bumeluje. Poniedziałkowy przegląd prasy przez kibica Legii to jedno wielkie deja vu. „Ljuboja z urazem”. Piątkowy również. „Ljuboja jednak zagra”. To nie tak ma być. „Dlaczego on może się obijać, a ja muszę zapier…?!” – mogą pomyśleć inni piłkarze. Nie da się zawodowo grać w piłkę, nie trenując. Wiadomo – Serb ma już 33 lata, więc obciążenia powinny być dostosowane do jego możliwości. No, ale, na Boga, pobierać pół miliona euro za same mecze? A to podobno Polacy są kombinatorami…











