Po porażkach 1:6 z Boliwią i 0:2 z Ekwadorem, reprezentacji Argentyny poważnie w oczy zajrzało widomo braku awansu do finałów MŚ! Co więc w grze Albicelestes musi zmienić Diego Maradona, by jego podopieczni w końcu zaczęli grać na miarę swoich możliwości i oczekiwań kibiców? Wszak przed nimi już we wrześniu dwa niezwykle ważne spotkania w kontekście ich obecności na mundialu w RPA – z Brazylią u siebie i z Paragwajem na wyjeździe.
– Nie czuję żadnej presji kibiców – stwierdził El Diego zaraz po klęsce z La Verde. Czy jednak po takiej kompromitacji, największej w historii reprezentacji Argentyny, Maradona nie powinien posypać głowy popiołem? Nie powinien wszystkich fanów przeprosić, że musieli oglądać tak żenującą grę swoich pupili? Diego mógł nie odczuwać presji, kiedy prowadził takie klubiki, jak Mandiyu de Corrientes i Racing Club de Avellaneda. Był wtedy bowiem zawieszony przez FIFA na dwa lata za stosowanie niedozwolonych środków, więc zabawą w trenera zabijał czas, który pozostał mu do końca karencji. Teraz prowadzi drużynę, która od ponad 20 lat czeka na tytuł mistrza świata, która co cztery lata zawodzi na mundialu, od 1990 roku nie mogąc awansować do strefy medalowej. Maradona musi wziąć na swoje barki odpowiedzialność za słabe rezultaty Alibicelestes, nie robić dobrej miny do złej gry, tylko wciąż szukać nowych rozwiązań, dyskutować z asystentami, ciągle penetrować stadiony w poszukiwaniu nowych piłkarzy. Gdy zakończył karierę, prowadził iście królewskie życie, spotykał się z przywódcami państw na całym świecie, wziął udział w argentyńskiej edycji „Tańca z gwiazdami”, prowadził niezwykle popularny program „Noc z dziesiątką”. Show trwał w najlepsze, ale skoro już El Diego postanowił podjąć się próby wydźwignięcia z kryzysu argentyńską drużynę, musi raz na zawsze porzucić postać szaleńca, a stać się osobą stateczną i odpowiedzialną, bo po pierwsze, to nie on jest teraz, mimo magii nazwiska, najważniejszy i po drugie, w sytuacji, kiedy selekcjoner ma na głowie nie tylko swój zespół, ciężko o jakikolwiek sukces.

– Musimy zapomnieć o tym, że prowadzi nas nasz wielki idol z dzieciństwa. Musimy traktować Maradonę jak normalnego trenera – powiedział Gabriel Heinze, zaraz po tym, jak Diego oficjalnie został selekcjonerem reprezentacji Argentyny. Piłkarze próbują, ale efektów nie widać. Wciąż u zawodników dominuje podziw i uwielbienie do El Diego, podczas gdy, nawet mimo kultu, jakim darzyli Maradonę w dzieciństwie, muszą z dystansem patrzeć na swojego przełożonego, tak, by ta współpraca odbywała się na zdrowych zasadach. Kiedy gracz ma inne zdanie niż trener, chce podyskutować o różnych rzeczach związanych z zespołem (aczkolwiek nie wchodząc zbytnio z butami w kompetencje szkoleniowca), może to zrobić z powodzeniem, ale w przypadku Argentyńczyków może być z tym problem, no bo jak tu obrócić się przeciwko wielkiemu Diego? Najlepszym dowodem na to jest wypowiedź Leo Messiego po najlepszych Gran Derbi Europy XXI wieku, a więc meczu z marca 2007, zakończonego remisem 3:3, kiedy La Pulga popisał się hat-trickiem. Gdy na pomeczowej konferencji prasowej spytano Messiego, czy czuje się na siłach, by lada moment przejąć po Diego pałeczkę najlepszego piłkarza w historii argentyńskiego futbolu, Leo stanowczo zaprzeczył: – Nie, nie, Maradona był, jest i już zawsze będzie najlepszy. Co prawda owe słowe padły na 1,5 roku przed tym jak Julio Grondona, prezes Argentyńskiej Federacji Piłkarskiej wręczył selekcjonerską nominację Diego, ale też pogląd piłkarzy w tej kwestii raczej nie wiele się zmienił. Wciąż jakby nie dowierzali, że mogą Maradonie dorównać albo nawet go przebić.










