Jeszcze kilka lat temu powiedzielibyśmy, że Szczęsny w kadrze zawsze coś musi zawalić. Jednak odrodzony Wojciech Szczęsny w reprezentacji Polski jest jej bohaterem, aniołem stróżem, patronem spraw beznadziejnych. W Cardiff znów to udowodnił. To jego obroniony rzut karny w konkursie „jedenastek” pozwolił nam ostatecznie pojechać na turniej do Niemiec. Dziś już nikt nie ma prawa zarzucać „Szczenie”, że w kadrze tylko zawodził.
To był najważniejszy mecz dla polskiej kadry w 2024 roku, w którym decydowała się przyszłość polskiego futbolu na kilka lat. Mówimy tutaj o kwestiach finansowych oraz odpowiednim rozstawieniu w przyszłych eliminacjach do mundialu i koszyka Ligi Narodów. To nie był łatwy mecz. Nie był on zbyt piękny, jednak nawet i tutaj, gdyby nie Wojciech Szczęsny, pojedynek mógłby rozstrzygnąć się wcześniej.
Jeszcze w jego trakcie przytomnie wyszedł do jednej piłki, którą odpuścił Jan Bednarek. Lecz przede wszystkim popisał się znakomitą interwencją na początku drugiej połowy, gdy z nadludzkim wysiłkiem wyciągnął piłkę po strzale głową Walijczyka. Kiedyś było to nie do pomyślenia, że Wojtek ratował Polsce wynik spotkania. Dziś to oczywista oczywistość.
Wojciech Szczęsny przez lata zmagał się z pechem
Przez długie lata do Wojciecha Szczęsnego przypięta była łatka gościa, który może i bardzo dobrze broni w klubach, ale kompletnie tego nie pokazuje w kadrze. Euro 2012 zmarnował z powodu czerwonej kartki w meczu z Grecją. Tę szansę od losu wykorzystał Przemysław Tytoń, który obronił karnego i ogólnie spisał się na domowym turnieju dobrze.
Gdy wydawało się, że cztery lata później otrzyma swoją większą szansę, to już po pierwszym meczu doznał kontuzji, a na resztę turnieju wskoczył Łukasz Fabiański, który we Francji spisał się wspaniale.
Do dziś nikt nie wie, po co na mundialu Wojciech Szczęsny wyskoczył w meczu z Senegalem
Lecz od 2018 roku to Wojtek został niekwestionowaną jedynką. Lecz gdy przyszła w końcu dla niego wielka szansa, okazała się ona bardziej koszmarem. Wszystko zaczęło się od fatalnego meczu z Senegalem, gdy wpuścił jedną z najbardziej kuriozalnych bramek w swojej karierze. W 60. minucie nasz golkiper wybiegł za daleko i minął się z piłką. W efekcie M`baye Niang strzelił bramkę, która dała „Lwom Terangi” zwycięstwo. Kilka dni później z Kolumbią również nie pomógł drużynie i wpuścił trzy gole, będąc przy nich strasznie pasywnym.











