Albert Einstein wypowiedział kiedyś enigmatyczne zdanie: „Gdyby ludzie rozmawiali tylko o tym, co rozumieją, zapadłaby nad światem wielka cisza”. W dzisiejszych czasach, żeby zapadła cisza, jedna osoba musi opowiadać o czymś przejmująco i z niekłamanym zamiłowaniem. Od wtorku mamy o jednego takiego człowieka mniej…
Kazuyoshi Toda to policjant z wieloletnim stażem. Znudzony życiem postanawia przejść na emeryturę. Któregoś dnia dowiaduje się, że podczas trwających w jego kraju mistrzostw świata w piłce nożnej w zapomnianej rzece znaleziono ciało Europejczyka. Mimo porzucenia dawnego zawodu, postanawia zaangażować się w śledztwo, które z każdym dniem wyjawia nowe, tajemnicze fakty… Wstyd się przyznać, ale „Tajemnica mundialu”, bo o tej książce mowa, to pierwsze moje zetknięcie się z twórczością śp. Romana Hurkowskiego. Wstyd, ponieważ publikował on teksty w prasie sportowej już od lat 70. Pamiętam, że ta pozycja widniała w mojej bibliotecznej karcie kilkadziesiąt razy. W czasie, gdy kibice opłakiwali występ naszych na mundialu w Niemczech, ja wolałem po raz któryś z rzędu ekscytować się spiskowymi teoriami o futbolowym zabarwieniu.
Styl pisania, który reprezentował, był, jest i będzie nieosiągalny dla tabunów dziennikarzy sportowych. Nie miało bowiem znaczenia, czy spod pióra mistrza wychodzi powieść, pomeczowa relacja, kilkustronicowa analiza meczu o Mistrzostwo Polski czy krótki komentarz do aktualnej sytuacji w kadrze. Za czasów jego panowania w „Piłce Nożnej”, gazeta odzyskała swój dawny blask i właściwą na rynku pozycję. Jako jeden z niewielu dziennikarzy sportowych potrafił odnaleźć się w redakcjach wielu gazet i portali internetowych. Koledzy z pracy pamiętają go przede wszystkim jako dokładnego, i to do szpiku kości. Jego dokładność i skrupulatność pozwoliły nam nawet na… wygranie spotkania towarzyskiego z Danią w latach 80., gdyż wypatrzył on w europejskich regulaminach punkt pozwalający nam domagać się walkowera.
Jakkolwiek nie klasyfikowalibyśmy naszych ulubionych dziennikarzy sportowych, postać śp. Romana Hurkowskiego nie może być nielubiana. Swoją wszechstronnością, oddaniem się pasji i przede wszystkim niezbadaną żądzą chłonięcia wiedzy zjednywał i nadal zjednuje sobie kolejne pokolenia dziennikarzy.
Oto, jak wspominają Romana Hurkowskiego redaktorzy iGola:
Grzegorz Ignatowski: Roman Hurkowski swoją pracą zasłużył na miano legendy polskiego dziennikarstwa sportowego. Dla futbolu poświęcił niemal całe swoje życie, zarażając miłością do tej dyscypliny wielu czytelników. Pamiętam, jak 20 lat temu czytałem artykuły jego autorstwa w „Piłce Nożnej”, miały one duży wpływ na ukształtowanie mojej dzisiejszej wizji futbolu. Bez niego dziennikarstwo sportowe może wydawać się uboższe, lecz w różnych mediach znajdują się osoby, które czerpały garściami z warsztatu Romana Hurkowskiego. Dzięki tym osobom ślad pióra byłego redaktora naczelnego „Piłki Nożnej” pozostanie widoczny jeszcze przez długie lata.
Michał Borowy: W swoim fachu najbardziej doceniałem jego własną ścieżkę, czyli to, że nie chwalił się swoimi osiągnięciami na dziennikarskich salonach. Oprócz tego, cechowały go niesamowita wiedza i pamięć o wydarzeniach wcześniejszych. Żyjący piłką i kochający ją jak nikt inny. Co ciekawe, nawet w komentarzach pod tekstami przekomarzał się ze swoimi czytelnikami. Ironicznie, krytycznie, ale jednak – rozmawiał. Potrafił odnaleźć się w nowych realiach i z powodzeniem publikował swoje teksty w Internecie. Był po prostu inny, nieprzekupny, nieukładowy, zupełnie niepasujący do ogółu. To przez te cechy było o nim cicho, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Na pewno pozostanie po nim miłe wspomnienie, a także nieoceniony dziennikarski dorobek. Jestem pewien, że teraz pogra sobie przynajmniej w karty z Deyną czy Górskim albo popatrzy, jak Garrincha kiwa św. Piotra, a potem to opisze najlepiej, jak potrafi.










