Waldemar Michowski: „Amator musi grać z serca, nie portfela” (WYWIAD)


Waldemar Michowski, znany jako "Kiero", opowiada m.in. o pracy w roli kierownika, niepowtarzalnej i zarazem obosiecznej miłości do klubu oraz trudnych realiach zespołów amatorskich

30 lipca 2020 Waldemar Michowski: „Amator musi grać z serca, nie portfela” (WYWIAD)
Kamil Warzocha/ iGol.pl

Na ulicach Chojnowa lub tam, gdzie znajduje się jego drugi dom, czyli boisku, mówią na niego po prostu "Kiero". To postać dobrze znana w całym pobliskim rejonie. Postać, której serce bije tylko dla jednego herbu, jakim jest herb Chojnowianki. Barwnego klubu z okręgówki, który w swoich lepszych latach potrafił liznąć futbolu na wyższym poziomie. Wtedy właśnie Waldemar Michowski był kierownikiem zespołu, ale półprawdą byłoby stwierdzenie, że pełnił tylko tę rolę. Był – i do dzisiaj zresztą jest, ale już jako człowiek z cienia – niepowtarzalnym wsparciem zarówno finansowym, jak i duchowym. To ikona "Biało-niebieskich".


Udostępnij na Udostępnij na

Jak wyglądają realia klubu z okręgówki? Jakie historie i problemy mogą zaistnieć w klubie amatorskim? Czym wyjątkowym odznaczył się Waldemar Michowski, że ludzie darzą go dzisiaj szacunkiem? Jakie jest jego zdanie o piłkarskiej młodzieży? W jaki sposób orliki przeszkadzają klubom tego pokroju? Co to znaczy być kierownikiem zespołu, a zarazem kimś więcej? Odpowiedzi na te, ale również inne pytania znajdują się poniżej.

Kamil Warzocha/ iGol.pl

Dopiero w 2006 wszedłeś w szeregi Chojnowianki jako kierownik, ale domyślam się, że Twoja pasja do piłki nożnej zaczęła się znacznie wcześniej. Cofnijmy się do tego momentu. Jak to było?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo tak naprawdę nigdy wcześniej nie pracowałem w tym zawodzie i aż tak nie interesowałem się piłką. Pamiętam natomiast, że od zawsze kibicowałem Chojnowiance. Razem z kolegami, z którymi siedzieliśmy na trybunach od strony torów kolejowych. Pamiętam też, że bardzo się emocjonowałem, krzycząc „Daj rogalaaa!”, kiedy nasz dośrodkowywał z rzutu rożnego. Tak więc prawdę mówiąc, przygodę z piłką zacząłem dopiero w 2006 roku.

Późno.

Tak, dość późno, bo nie grałem w piłkę poza czasami, gdy graliśmy jako chłopcy na podwórku. Ale żeby być jakimś zapalonym kibicem futbolu? Nie. Też muszę powiedzieć, że do 1991 roku chodziłem na mecze Chojnowianki nie tylko po to, żeby oglądać mecze, ale też przy okazji po to, żeby wychylić kieliszka ze znajomymi. Taka była moda. Potem przestałem pić alkohol i w 2006 roku pan Mirosław Kurczak namówił mnie, żebym przyszedł do Chojnowianki jako kierownik drużyny. Trochę się bałem…

Nie miałeś żadnego doświadczenia.

Tak, myślałem, że mogę nie dać sobie rady, ale z drugiej strony… Boże kochany, dlaczego nie! Spróbować trzeba, nic temu nie przeszkadzało. W końcu przyszedłem do klubu, zapoznałem się z chłopcami i tak się ta przygoda zaczęła.

Ale zanim Twoja osobista przygoda się zaczęła, Chojnowianka przeżywała różne momenty w swojej historii. Pamiętasz jakiś ponadprzeciętny moment z perspektywy kibica?

Hmm, nic takiego nie pozostało mi w pamięci, nie było takich wyjątkowych historii. Po prostu szło się na mecz i kibicowało. Pamiętam, jeszcze w odniesieniu do pojawienia się pasji do piłki, że kiedy byłem mały, mój ojczym założył drużynę w Jerzmanowicach. Miałem wtedy 11 lat i woziłem go na rowerze na treningi. On stracił nogę po amputacji w wyniku wypadku. I wydaje mi się, że dzięki niemu zaszczepiła się we mnie jakaś żyłka do sportu. Później niestety ojczym zmarł, a ja po czasie spędzonym w wojsku grałem np. na weselach, więc tak naprawdę nie miałem czasu na piłkę poza niedzielnymi wypadami.

A potrafiłbyś sobie przypomnieć, jakie w latach 60., 70. czy 80. było zainteresowanie takim klubem jak Chojnowianka? Klubem z małego miasteczka?

Taaak! Było ogromne, pełno kibiców. Chojnowianka grała nawet z zespołami z 3. ligi, a w swoim regionie była jedną z najlepszych ekip w województwie wrocławskim. Niech mnie ktoś poprawi, jeśli przesadzam, ale pamiętam, że w Chojnowie była bardzo dobra drużyna. Tylko znów tutaj muszę powiedzieć, że dla mnie to były wtedy zwykłe mecze. Pójść, obejrzeć i wrócić do domu.

Kilkadziesiąt lat temu były bilety na mecz?

Wydaje mi się, że nie. Pamiętam natomiast, że klub organizował karnety.

Przejdźmy w takim razie do 2006 roku, kiedy zostałeś kierownikiem. Zastanawia mnie, jakie były Twoje wyobrażenia związane z tą pracą, a jaka rzeczywistość.

Po pierwsze, ja jestem takim człowiekiem, który każde powierzone mu zadanie stara się wykonywać po prostu dobrze. I wtedy myślałem sobie, że skoro mam pod sobą drużynę, muszę dać jej to, co jej się należy. Koszulki, piłki, sprzęt… Po to, żeby później chłopcy nie mówili, że przegrali mecz, bo nie mieli tego czy tamtego. Chciałem im dogodzić, żeby nie mieli pretensji. Byłem bardzo zawzięty. Zależało mi na stworzeniu jak najlepszych warunków do grania w piłkę. Brakuje ci czegoś? Idziesz do kierownika czy prezesa – my próbujemy to załatwić. Tak to wyglądało.

Materiały własne Waldemara Michowskiego

W stworzeniu tych warunków pomagał klub? Wykładając pieniądze?

Nieee, wtedy o pieniądzach się tak nie mówiło. Kiedy brakowało piłek czy zamrażaczy, trzeba było zdobywać na to pieniądze. Poza tym w początkowym okresie, kiedy byłem kierownikiem, odbywała się przebudowa głównego boiska, więc nie graliśmy w Chojnowie. Jeździliśmy w zastępstwie do Budziwojowa. Przyznam się bez bicia, że przez te pierwsze lata od 2006 roku nie grałem na własnej murawie. Wszystko na obcej, mecze i treningi. Poza tym z biegiem czasu okazało się, że nie pełniłem roli tylko kierownika. Byłem prezesem, kierownikiem I i II drużyny, kierownikiem drużyn młodzieżowych, jeździłem na mecze z młodymi chłopcami, sprzątałem na boisku…

Wtedy klub był bardzo zadłużony, więc jak trzeba było jechać do Legnicy, żeby zarejestrować kilku zawodników do OZPN-u, szefowa w biurze mówiła: „Nie zarejestrujemy, dopóki nie spłacicie długu”. Było trudno, naprawdę trudno. Oszczędzało się na wielu rzeczach, dlatego zaczynałem od funkcji kierownika, a kończyłem na praniu strojów czy myciu podłóg. O 5 rano jechałem do klubu te sprawy pozałatwiać, a o 7 do pracy. W pracy, kiedy miałem przerwę, znów jechałem do klubu, żeby wywiesić stroje do wyschnięcia i tak w kółko. Po to, żeby klub mógł zaoszczędzić pieniądze. A przecież trzeba było też zadbać o chłopców. Coś im od czasu do czasu postawić. Nie będę kłamał, że zdarzało się stawiać piwo po meczach.

Zanim przejdziemy do następnej kwestii, tutaj muszę dodać od siebie, że pamiętam, jak nam, juniorom, stawiałeś McDonalda (śmiech).

Tak, to było dla młodszych. Kiedy przyszedłem do klubu, moje pierwsze postanowienie było takie, że po pierwszym meczu wyjazdowym jedziemy na basen w Legnicy. Bardzo się chłopcy cieszyli, bo właściwie nie jeździli w takie miejsca. Pojechaliśmy tam również po to, żeby się zgrać. Po to, żeby chłopcy nie myśleli, że kierownik skąpi pieniędzy. Miałem też takie sytuacje, kiedy ktoś mówił, że za bardzo rozpieszczam tych chłopców. Że powinienem być twardy i stanowczy… Nie potrafię tak. Wychodziłem z założenia, że taka postawa, np. krzyki w szatni, mogłaby źle wpłynąć na relacje. I ktoś mógłby robić komuś potem na złość.

Jeśli chodzi o grupy młodzieżowe, młodsi chłopcy bardzo często jeździli ze mną na basen do Polkowic. Mam z nimi zdjęcia, pamiętam, że zawsze byli zadowoleni. Mówiłem do nich: „Jeśli wygracie dzisiaj mecz z juniorami z Polkowic, jedziemy na basen!”. I faktycznie, wygrali mecz, a nagroda już czekała. Chciałem z nimi dobrze żyć. Do dzisiaj część z nich, już jako starsze osoby, przychodzi do mnie oglądać mecze i po prostu trzymają kontakt. Z wdzięczności.

Chciałbym wrócić jeszcze do kwestii zadłużeń. Skąd one się biorą w klubie – bądź co bądź – amatorskim?

(Dłuższa chwila zastanowienia) Trudno mi powiedzieć, skąd się biorą. Nie chcę też kogoś oczerniać, ale były długi np. w płatnościach za wodę. Może ktoś zapominał o płaceniu? Za prąd, rejestrację zawodników… Może ktoś sobie to lekceważył, myśląc, że jakoś to będzie? Ja jestem akurat taką osobą, która jeśli wie, że dług jest, robi wszystko, żeby go nie mieć. Kiedy przychodziłem do Chojnowianki w 2006 roku, miałem w zarządzie wspaniałych ludzi, którzy bardzo się udzielali, pomagając mi z tym problemem.

Żeby wszystko funkcjonowało właściwie, w klubie muszą być ludzie, którzy kochają piłkę. I chcą, żeby było dobrze, nie źle. Bo są niestety tacy, którzy – nie chcę mówić, że biorą pieniądze do kieszeni – mają lekceważący stosunek do rachunków. A z tego rachunku robi się większy i jeszcze większy! Później trudno z tego wyjść.

Powiedziałeś, że bardzo ważni są ludzie. Nawet w profesjonalnych klubach mówi się, że sukcesy przychodzą dzięki wspólnej pracy grupy ludzi idących w jednym kierunku. Trudno iść do przodu, jeśli ktoś ciągnie wózek do tyłu.

Ja zawsze mówiłem, że w klubie nie ma na świeczniku tylko prezesa. Poza nim niezwykle istotną rolę pełni zarząd, a w klubach np. na poziomie ekstraklasy dodatkowo ogromny sztab ludzi w zespole. Tak więc właściwie od każdego zależy, czy drużyna coś osiągnie czy nie. Ja wiem, że ktoś może powiedzieć: „Ty jesteś piłkarz i masz wygrywać!”. Oczywiście, ale ty, jako prezes czy kierownik, jesteś od tego, żeby piłkarz mógł myśleć tylko o piłce. Żeby mógł dobrze zagrać. Ja byłem od tego, żeby ludziom tak dogodzić, żeby nie zawracali sobie głowy innymi sprawami. Jeśli np. ktoś w profesjonalnej piłce nie dostaje tylu pieniędzy, ile ma zapisane w kontrakcie, zaczyna się przecież wkradać niepokój.

Jeszcze odnośnie do funkcji, jakie pełniłeś w klubie, chciałem zażartować, że zabrakło Ci jednej: kierowcy busa na meczach wyjazdowych (śmiech).

Fakt, nie byłem nim (śmiech), ale pamiętam, że naszym kierowcą była bardzo fajna pani, Lidia, z którą mi się dobrze współpracowało. Nie zmieniało to jednak faktu, że musiałem załatwiać te busy czy sparingi. Tego typu obowiązki na mnie spoczywały i wszystko musiałem konsultować z trenerem.

A miałeś takie momenty, kiedy mówiłeś sobie: „Dość, nie dam rady, jestem tym zmęczony”?

Szczerze mówiąc – nie. Przyznam się bez bicia, że zakochałem się w tych chłopcach. Polubiłem ich, a oni mnie szanowali. Nie pamiętam, żebym od któregokolwiek z nich usłyszał jakieś złe słowo. Nie miałem dość, ale pod koniec mojej pracy jako kierownika niestety zwolnili mnie z zakładu, w którym pracowałem na etacie. Skończyły się pieniądze. Został mi tylko zasiłek i bałem się, że nie dam rady pod kątem finansowym w Chojnowiance.

Czyli zadecydowały finanse. Ale wiem, że dalej robisz to, co robiłeś. Już jako osoba z cienia, ale jednak. Przychodzenie na treningi, mecze…

Prawdę mówiąc, przez te osiem lat w roli kierownika nie opuściłem żadnego treningu. Może zdarzyło mi się na palcach jednej ręki być nieobecnym przez jakieś wyjazdy, ale generalnie żaden zawodnik nie miał takiej frekwencji jak ja. A jeżeli mnie nie było, to pamiętam, że np. jechałem z zawodnikiem do lekarza w Głogowie. Zaprzyjaźniłem się z tamtejszym panem i często do niego z chłopcami jeździłem. Albo zawoziłem zawodników na badania USG do Lubina, kiedy trzeba było. Taka była moja praca! Opieka nad chłopcami.

Czasami mówi się o kimś, że robi rzeczy, których nie powinien, bo nie dostaje za to ani grosza. To chyba do Ciebie pasuje.

Tak, nie dostałem za to wszystko żadnej złotówki. Wręcz odwrotnie. To m.in. ja dawałem pieniądze na szereg różnych rzeczy. Czy to na zamrażacze, apteczki, piłki, stroje, dresy… Wiele rzeczy kupionych z własnej kieszeni, pomagałem zarządowi. I te McDonaldy, baseny… Co więcej, po sezonie regularnie brałem czterech chłopców na wakacje nad morze. Przy czym starałem się brać ich z rodzin, w których się nie przelewało. Zaprzyjaźniłem się z takim panem Bogdanem z Międzyzdrojów i co roku woziłem tam chłopców. Płaciłem za nich.

I w żadnym razie nie wypominam, absolutnie! Po prostu tak było i koniec. Starałem się robić z pieniędzy użytek w tym sensie, żeby chłopcy mogli się z czegoś cieszyć. Od serca. Robiłem to z przyjemnością. Nie chciałem niczego w zamian. Chciałem jedynie, żeby dobrze grali w piłkę.

Mówisz, że dawałeś bardzo wiele od siebie. Usłyszałem ostatnio taką opinię, że gdybyś dalej pełnił funkcję kierownika, mógłbyś źle na tym skończyć pod względem finansowym. Że to Ty byś się zadłużył.

Tak. Ja, nie klub. Dlatego odszedłem, ponieważ bałem się, że w końcu skończą mi się pieniądze. To był jeden z powodów. Bałem się życia na debecie. Ja po prostu taki jestem, że muszę dać. A skąd dawać, jeśli nie ma się źródła? Wolałem skończyć i usunąć się w cień. Teraz, nie powiem, mam niezłą emeryturę, dlatego już nie raz kupiłem chłopcom koszulki czy kurtki przy współpracy z panem z firmy JAKO. Tak więc dalej udzielam się finansowo.

Lubię ten klub, herb i chłopców. Lubię, jak grają i czuję, że muszę im coś dać. I to w żadnym razie nie jest chwalenie się. Do tego doszły nerwy. Wpadłem w poważną depresję i borykam się z tym do dzisiaj, ale jest już lepiej. Potrzebowałem spokoju, co było drugim powodem odejścia z klubu.

Ciągle byłeś blisko klubu. Tak więc rozumiem, że to, co było złe, odbijało się również na Tobie. Osobiście pamiętam, kiedy grałem jeszcze w zespołach juniorskich Chojnowianki, że rzeczywiście nikt złego słowa na Ciebie nie powiedział. Ale domyślam się, że tak pięknie nie było. Ktoś musiał Cię przecież krytykować.

Niestety Kamil, ale są tacy ludzie, którzy chyba zazdroszczą. Zazdroszczą, że ktoś coś robi. Społecznie, dla kogoś, za darmo. Sam widziałeś, jak się udzielałem. Odpowiadałem za wszystko, ale miałem też wsparcie wspaniałych ludzi. Muszę tutaj wymienić osobę Jurka Wawrzyniaka, który ze mną linie na boisku malował. Były takie czasy, kiedy nie było komu tego robić. Bramki rozkładałem, trawę kosiłem… Musiałem, bo przecież zawodnik nie może tego robić. Pamiętam, że szczególnie w czasach gry na obcym boisku było naprawdę trudno. Ale i tak udało się wtedy awansować z chłopcami do 4. ligi.

e.chojnów.pl

Masz w swoim CV awans, ale przecież to nie wszystko. Masz jeszcze drugi, ten zrobiony kilka lat później. Do tego dochodzą oczywiście dwa spadki. Skąd one się brały? Pamiętam, że miałem nawet okazję zagrać jako 16-latek w tym sezonie, kiedy Chojnowianka spadła do Ligi Okręgowej. Rok po awansie.

Po pierwszym awansie udało nam się przez jeden sezon utrzymać. To był sukces. Dopiero przy drugim podejściu niestety zaliczyliśmy dość szybką degradację. Dlaczego? Już mówię. Odszedł pan Prezes Kurczak, zabierając ze sobą kilku kluczowych zawodników. Poszedł do drużyny z Gołaczowa, gdzie zmarł pan Bobik. Co więcej, odszedł również trener Zieleń, który dopiero co awansował z Chojnowianką do 4. ligi! Drużyna się rozsypała, bo zabrakło dobrych i doświadczonych chłopców, którzy wiedzieli, jak grać. Na pamięć.

Trudne do zrozumienia. Robisz awans, a potem się ulatniasz. Spodziewałbym się pójścia za ciosem.

Trudno mi to wytłumaczyć. Choć domyślam się, że po prostu ktoś zaoferował im lepsze warunki. Nie treningowe, ale finansowe, gdzieś w niższej lidze. Pamiętam, że prosiliśmy, a wręcz błagaliśmy, żeby trener Zieleń z nami został. Nie udało się. Odszedł. W klubie pojawił się pan Kujawa, a ja musiałem wtedy pełnić funkcję prezesa. Nowy trener przyprowadził ze sobą kilku naprawdę dobrych chłopców…

To ten trener Kujawa? Romuald Kujawa?

Taaak, znany z gry w Zagłębiu Lubin. Wraz z nim pojawił się bardzo dobry i szybki napastnik o nazwisku Rusin. Potem inny, Kwiatkowski… Udało nam się utrzymać w 4. lidze dzięki właśnie takim nazwiskom. Pamiętam, że wypłaciłem wtedy chłopcom premię. Potem niestety niektórzy odeszli i wszystko znów się posypało. Spadliśmy.

A drugi awans w 2013/2014? Po nim spadek był od razu, w sezonie 2014/2015.

W sezonie spadkowym zacząłem odsuwać się od pracy w Chojnowiance. Pamiętam, że jeździłem jeszcze na mecze, ale patrzyłem na wszystko bardziej z boku. Niestety nie szło chłopcom najlepiej. Trener Paluch odbijał się w górę z zespołem dopiero w dalszej części sezonu, gra zaczęła wyglądać nieco lepiej, ale trener został zwolniony. Zespół objął inny szkoleniowiec i wtedy drużyna prezentowała się jeszcze gorzej.

Czyli w tym wypadku nie zagrała po prostu sfera sportowa? Trener a zawodnicy.

Tak, wydaje mi się, że niemałe znaczenie miały roszady trenerskie. Chłopcy spadli i po tym już całkowicie wycofałem się z pracy w roli kierownika.

Przestałeś być kierownikiem, ale nie dało się nie zauważyć, że wciąż jesteś z klubem w bliskiej relacji. Ludzie Cię znają i szanują. Pamiętają Twoje zasługi i nadal widzą wsparcie z zewnątrz. I co prawda nie grałeś tutaj jako piłkarz, ale w pamięci ludzi pozostają nawet ci, którzy są po prostu charakterystycznymi kibicami. Ty w pewnym sensie nim jesteś, ale to przecież nie wszystko. Czy mógłbym więc powiedzieć, że jesteś legendą Chojnowianki Chojnów? Nie przeszkadzałoby Ci stawianie swojego nazwiska obok jej herbu?

(Śmiech) Cóż, niektórzy mówią mi, że ja jestem tym od Chojnowianki. I że mam swoje rozkładane krzesełko, na którym zawsze siadałem. Powiem ci Kamil tak… Miałem propozycje z innych klubów, jeśli chodzi o pracę kierownika. Inni widzieli, co tutaj robię. Widzieli, że młodzież mnie lubi i co potrafiłem jej zaoferować bez niczego w zamian. Nie. Nie wysiedziałbym na obcej ławce. Nie potrafiłbym. Siedziałbym, ale myślałbym przez cały czas o Chojnowiance. Jak trzeba było jechać gdzieś na wyjazd w zupełnie przeciwnym kierunku, nie potrafiłbym się skupić na klubie, w którym jestem. Nie, nie, nie.

Nie będę również krył tego, że nadal się w klubie udzielam. Kiedy tylko mam kilka groszy, dokładam chłopcom do czegoś. Oni wiedzą, że jeśli o coś mnie poproszą, robię co w mojej mocy, żeby to załatwić. Ja do dziś dostaję telefony od prezesa i słyszę: „Waldek, weź zadzwoń do tego zawodnika, bo nie przychodzi na treningi”. Tak więc wciąż jestem przy klubie, żyję nim, ale nie martwię się już o to, że trzeba sprowadzić kogoś nowego czy pomóc klubowi, dać pieniądze. Chcę i mam możliwość? Daję. Nie mam? Nie.

Materiały własne Waldemara Michowskiego

Kojarzysz mi się z inną definicją dwunastego zawodnika. Chyba każdy chciałby takiego mieć u siebie.

Może i tak. Jeżdżę teraz na ich sparingi, krzyczę, wspieram… A oni uznają mnie za wiernego kibica i tego, który ich kocha.

A te propozycje z innych klubów, które otrzymywałeś, wiązały się z jakąś pensją?

Nie, nie. A nawet gdyby… Wziąłbym te pieniądze, wziąłbym. Ale zaraz wszystko poszłoby na chłopców w tym klubie, nie do mojej kieszeni! Jakby dawali, nie byłyby to pewnie duże kwoty, może 100-200 zł. Ale zawsze coś.

Teraz chciałbym przejść z Tobą do kilku spraw z teraźniejszości. Twoim zdaniem taki klub jak Chojnowianka Chojnów, klub – powiedzmy sobie szczerze – który powinien co sezon grać minimum w okręgówce, mógłby urosnąć? Mieć lepszą przyszłość przy wsparciu władz miasta czy ludzi z zewnątrz? Czy mamy tutaj do czynienia ze szklanym sufitem?

Nieee, takie kluby raczej nie. Przykład za moich czasów pokazał, że to bardzo trudne. To powinno wyglądać tak, że awansujesz i grasz z tymi samymi chłopcami dalej. Niestety rzeczywistość była inna. Ktoś dostawał propozycję gry w innym klubie 4. ligi, a nawet z niższej klasy rozgrywkowej, tyle że z pieniędzmi za zagrany mecz… Wtedy drużyna się sypie. Ja jestem przeświadczony, że ci zawodnicy, którzy grają ze sobą dłużej, bardzo dobrze się znają, i to dobrze wpływa na grę. To działa w niższych ligach. Ale kiedy do klubu przychodzi kilku nowych chłopców z kolejnym trenerem, który zmienia coś wedle swojego uznania – zaczyna robić się mętlik.

Jeśli chodzi o 4. ligę, najczęściej rzeczywistość klubów wygląda tak, że po maksymalnie kilku latach spadają. Dlaczego? Pieniądz. Wszystko robi pieniądz. W 4. lidze grający chłopcy już powinni dostawać jakieś pieniądze. Może nieduże, ale obligatoryjnie. Ja walczyłem o to, żeby nasi chłopcy z Chojnowa dostawali np. jakieś specjalne diety i lepsze warunki. Zdarzało się niestety, że spotykałem się z odmową. Słyszałem jedynie słowa: „Szukajcie sponsorów”. Pamiętam, że za moich czasów to jeszcze jakoś wyglądało. Chodziliśmy po różnych firmach, szukaliśmy sponsorów i zbieraliśmy pieniądze. Ktoś dał 3 tys. zł, ktoś 2… Nie było tak, że zarząd skąpił pieniędzy, ale trzeba było ich więcej.

Jakoś to szło, ale powtórzę jeszcze raz: w 4. lidze musi być pieniądz! Nawet taki, żeby np. za mecze wyjazdowe każdy dostawał po 30 zł. Kolejną sprawą jest fakt, że za moich czasów nie było takich drużyn w 4. lidze jak teraz. Kiedyś był Dzierżoniów, Wałbrzych, Ślęza Wrocław, Kłodzko, Trzebnica… To były ekipy! Mam wrażenie, że poziom sportowy trochę spadł.

Nie wiem, czy słyszałeś o przypadku Wieczystej Kraków. Tam bogaty inwestor bawi się w piłkę na poziomie okręgowym.

Słyszałem. Tutaj w okolicy też mamy podobny przypadek. Są właściciele z ambicjami w klubach na poziomie 4. ligi. Chodzi o to, że jest sponsor. Ma pieniądze i je inwestuje np. w zawodników. Normalnie w klubie amatorskim nie ma na to szans i chłopcy grają, bo grają. I trudno np. znaleźć napastnika z prawdziwego zdarzenia, który bardzo dużo zmieni w takiej lidze.

A czy Twoim zdaniem lepszym kierunkiem nie byłaby inwestycja w młodzież? Małe miasta też starają się wychowywać dzieci na piłkarzy.

W Chojnowiance jest młodzież, tylko to nie jest ta sama szkółka co Miedź, Polkowice czy Zagłębie. Po pierwsze, realia są takie, że jeśli kogoś wychowasz, on zaraz idzie np. do „Miedzianki”. Wtedy w klubie zostają tacy, którzy grają, ale nie są już tak wybitnie uzdolnieni. Generalnie młodzież idzie grać w piłkę, bo im się chce to robić, ale później z tego wyrastają albo zmieniają dyscyplinę. Po drugie, młodzież kończy swój wiek i nie łapie się do pierwszej drużyny. Co wtedy robi? „Zwalniamy się”. I sytuacja wygląda tak: „Tomek! Idę do Krzywej. Idziesz ze mną?”. I Tomek idzie, bo jest dobrym kolegą. Zabronisz? Nie zabronisz.

Poza tym nie oszukujmy się, ale trener w drużynie amatorskiej może mieć trochę inne doświadczenie niż trener z akademii. Taki zazwyczaj umie trochę więcej wiedzy przekazać, co oczywiście nie oznacza, że trener amatorski tego nie potrafi. Broń boże. Ale też żeby kogoś z akademii ściągnąć do siebie, trzeba przygotować większą pensję. W takim Zagłębiu trener młodzieży może mieć na przykład umowę na poziomie 2000 zł, a w Chojnowiance dostałby co najwyżej 1000 zł…

e.legnickie.pl

Mimo to Chojnowiance udało się w ostatnich latach kogoś wychować. Chodzi o 19-letniego Kacpra Laskowskiego, który teraz gra w rezerwach Zagłębia Lubin z perspektywami na okres przygotowawczy z pierwszym zespołem.

Taaak, to prawda. Życzę mu tego, żeby awansował nawet na poziom ekstraklasy. To jest chłopiec, który grał u nas, ale potem – ni stąd, ni zowąd – słyszę, że on jest już w „Miedziance”! Niestety w tej sytuacji najgorsze jest to, że jeśli Laskowski zrobi większą karierę, Chojnowianka nic za to raczej nie dostanie. Pamiętam, że za moich czasów były jeszcze umowy z klauzulami. I kiedy jakiś młody chłopak odchodził do lepszej szkółki, mieliśmy pewność, że Chojnowianka dostałaby w przyszłości 15% z kwoty transferowej albo coś w tym stylu.

Wspomniałeś o Lechii Dzierżoniów. To idealny przykład klubu, który zarobił na karierze swojego wychowanka, czyli Krzysztofa Piątka. I kontynuując temat młodzieży, chciałbym zapytać Cię o zmianę pokoleniową. Pamiętam, że kiedy kilka lat temu byłem w Chojnowiance, tej młodzieży było dość sporo w pierwszym zespole. Nie masz wrażenia, że my, ci młodsi, to już ludzie o innej mentalności niż ci sprzed kilkunastu lat?

Powiem Ci tak, Kamil: teraz młodzież ma to, co chce. Chce mieć auto? Ma auto. Chce mieć komputer? Ma komputer. Chce mieć telefon? Ma telefon. Jak zaczynałem pracę kierownika, komputerów jeszcze nie było, a zaczynały się dopiero telefony, ale nie dzwoniono tak często, bo szkoda było pieniędzy. Mówiłem wtedy chłopcom: „Wy mi dajcie tylko cynk, a ja oddzwonię”. Kolejną sprawą jest nastawienie tej młodzieży. Na każdy trening dojeżdżali rowerami, cieszyli się grą, kochali to! Później to zaczęło się zmieniać.

Pamiętam też, że przez dwa lata woziłem jednego chłopca z Grobli i z powrotem. Na treningi, na mecze… Trzy razy w tygodniu po 200 km. Nikt nie dał mi ani złotówki na paliwo. Byli też tacy, których odwoziłem do Złotoryi. A teraz? Wszyscy mają auta, pojawiło się rozleniwienie i młodzież nie jest już taka chętna do grania. Oni mają swoje wymagania, swoje ego. Teraz też nie odczuwa się, żeby był taki szacunek do trenera jak kiedyś. Ale wszystko zaczyna się od chęci. Rozmawiam z kimś i słyszę: „Oj, Kiero, ja wolę iść na orlik, bo tam nikt nie mówi mi, co mam robić i zamiast 7-8 ludzi mam 20 do gry”. A w klubie? Trzeba przyjść, słuchać się trenera, zachować kulturę, zbierać sprzęt…

Zresztą już Ci przed naszą rozmową powiedziałem, że są takie sytuacje, że ktoś się obraził, bo trener się na niego zdenerwował. Młodzi się dzisiaj szybko obrażają. I co tu zrobić… Młodzież się zmieniła.

Powiedziałeś, że na treningi przychodziło mało zawodników. Pamiętam, że kilka lat temu, w sezonie spadkowym z okręgówki, chciało się przychodzić na treningi nawet wtedy, gdy pojawiało się po pięć osób. Bo był fajny trener, Bartosz Szymczyk, i czuło się na własnej skórze, że to coś daje. Interwały, zimowy okres przygotowawczy… Osobiście moje nieobecności na treningu mogłem policzyć na palcach jednej ręki, ale pamiętam, że rzeczywiście niektórym się po prostu nie chciało. Bo za ciężko.

Tak, pamiętam to. Kiedy widziałem sześciu na boisku, nerwy mnie brały. I potem dzwonię do jednego i pytam, gdzie on jest? A on: „Kiero, nie mogę przyjść, bo się uczę”. A ja mówię mu, że lepiej wyjść z domu na półtora godziny, żeby rozluźnić myślenie przy piłce. I co? Później słyszę od kogoś, że szedł gdzieś ze swoją dziewczyną. To są niestety uroki amatorskiej piłki. Nie ma co porównywać tego do profesjonalistów, ale skoro się angażujesz i podpisujesz deklarację, że chcesz grać w klubie, wywiązuj się z tego! Chcesz grać, a potem nie trenujesz. To jaki z ciebie zawodnik bez treningu?

Wtedy słyszę: „Bo ja siedzę na ławce”. A to z mojej winy? Nikt nikomu trenerowi nie powiedział, żeby posadził kogoś na ławce. Albo źle grasz, albo nie przychodzisz na treningi, albo jest jakaś inna przyczyna… Ale skoro trener trzyma cię na ławce, znaczy to, że w końcu cię wpuści, a ty strzelisz dwie bramki i będą nosić cię na rękach! Bo na świeżości wejdziesz na podmęczonego rywala. Gorzej jest, kiedy wchodzisz z ławki i wyglądasz na bardziej zmęczonego od reszty – wtedy nie ma o czym mówić.

Wiele razy mnie to denerwowało, że na jednym treningu jest sześciu innych, a potem znów sześciu innych. Jak trener w taki warunkach ma przećwiczyć jakąkolwiek sytuację meczową? Nie da się.

Materiały własne Waldemara Michowskiego

Tak, trener się denerwował, ale pamiętam też, że w meczach grali nawet ci, którzy prawie w ogóle nie trenowali.

Tak, bo nie było komu grać. A czasami nawet było tak, że ktoś bez treningów grał lepiej od tego, co normalnie trenuje. Dlatego trener wolał wystawić tego, co lepiej się prezentuje w meczu, a nie na treningu. Pamiętam też, że pojawiały się kary za nieprzychodzenie na treningi. Nie trenujesz? Nie będziesz grał w pierwszym składzie. I co wtedy? Dąsanie się na trenera.

Ale pamiętajmy, że profesjonaliści wywodzą się od amatorskiej piłki. I wszystko siedzi w głowie, w ambicjach.

Tak, niestety te ambicje się pozmieniały. Może wtedy nie było tyle rozrywki co teraz? To też w jakiś sposób się przyczyniało. Co więcej, zawsze mówiłem, że swój udział w tym mają orliki. Nie mówię, że są złe, bo funkcjonują fajnie, ale mam wrażenie, że one zabrały zawodników, którzy mogliby wychowywać się w klubach amatorskich. Nie raz słyszałem, że ktoś woli grać na orliku, bo się umówił z chłopakami na gierkę. Ale to nie jest trening, oni nie chcą trenować.

Moim zdaniem orliki byłyby dobre, gdyby na przykład taką gierkę nadzorował ktoś, kto zna się na piłce. Nie mówię, żeby ich trenował, ale coś podpowiadał czy starał się przekonać, żeby ci bardziej wyróżniający się szli do klubu. Teraz jest tak: dają piłkę, grajcie, róbcie, co chcecie. A u normalnego trenera? Żal, że nie można przekląć…

Ciekawa teoria. Czyli według Ciebie orliki nie pomagają amatorskim klubom.

Może źle myślę, ale dodam jeszcze, że gdyby orliki były budowane przy boiskach klubów, może byłoby inaczej. Bo może ci chłopcy, którzy boją się przychodzić na treningi, mieliby presję. Mówię to trochę ze śmiechem, ale mam wrażenie, że orliki zabrały nam zawodników. Nie wszystkich oczywiście, ale jakąś część. Niektórzy z chłopców nawet nie wiedzą, że mogliby być dobrzy w grze dla jakiejś drużyny. Nie wiedzą, bo na orliku grają fajnie i to im wystarcza. I nie ma ludzi, którzy mogliby ich stamtąd nakierować na klub. Są bez nadzoru. Ile razy ja ze zdenerwowania pojechałem na orlik po drugiej stronie miasta, żeby zobaczyć, czy nie ma tam zawodnika, który powinien być na treningu… Patrzę i jest! I słyszę: „Aj, Kiero, tu sobie trochę pogram ośmiu na ośmiu i idę do domu”.

Poza tym ile się mówi o tym, jakie pieniądze zarabiają profesjonaliści? Nawet ci w Polsce? Mam wrażenie, że to też ma swój wpływ. Że młodzież wewnętrznie się buntuje, bo nie dostaje takiej kasy i gra za cukierek czy lizaka. Oni też chcieliby Bóg wie ile zarabiać. Ale na tym amatorska piłka nie polega. Oni tego nie rozumieją, że amator musi grać z serca, nie portfela. Kochać to i myśleć, że jeśli będę tak dobry, to też w przyszłości będę zarabiał. Ale on chciałby już od razu mieć te pieniądze! Ile razy tak było, że przyszedł nowy zawodnik do klubu, jeszcze się nie przebrał, stoi przy mnie z torbą, i mówi: „Kiero, ile ja dostanę?”.

A ja mówię: „Czekaj no, przecież ty się jeszcze ani nie przebrałeś, ani nie wiem, czy w ogóle umiesz kopnąć w piłkę. A ty już się pytasz o pieniądze? Nie wstyd ci?”. A on, że chciałby kasę… Ja mówię, żeby wszedł na boisko, wygrał mecz, strzelił trzy bramki, to na pewno mu postawię kiełbasę, colę czy piwo! I elegancko będzie. Podziękuję za to, że wyszedł mu mecz.

Materiały własne Waldemara Michowskiego

Poznałeś więc amatorską piłkę od podszewki. I w takim razie jesteś idealną osobą, żeby powiedzieć, że życie takiego klubu to bardzo twardy orzech do zgryzienia.

Niestety, to jest bardzo trudny kawałek chleba. To jest nerwówka. Jeśli ktoś jest słaby psychicznie, nie powinien brać w tym udziału. Ja osobiście to przeżywałem. Każdy mecz, każda chwila z myślą, żeby chłopcy wygrali. Ale jak ktoś to lubi, będzie w tym siedział bardzo długo. Ja jestem za nerwowy, a do tego zawsze chcę wszystkim dogodzić, ale tak się nie da. Po prostu nie da. Dlatego skończyłem z tym.

Skończyłeś, tak jak my już skończyliśmy, ale chcę zadać Ci jeszcze ostatnie pytanie. Czy gdybyś mógł wrócić do przeszłości, chciałbyś coś zmienić w okresie pracy dla Chojnowianki?

Chyba nie. Mogę powiedzieć tyle, że cieszyłem się z tego okresu. Mam co wspominać i do dziś mam wielu przyjaciół, którzy wtedy grali w piłkę. Spotykają mnie na ulicy i zawsze powiedzą „Dzień dobry” czy „Cześć Kiero”. Jestem z tego bardzo zadowolony i wiem, że przeżyłem dobre lata w klubie. Byłem z Chojnowianką, jestem z nią i będę. Kiedy tylko są pieniądze, staram się jej pomagać, bo jestem z chłopcami na dobre i na złe.

Komentarze
Miro (gość) - 2 tygodnie temu

Fajny wywiad. Amatorski futbol potrzebuje takich pozytywnie zakręconych ludzi.

Odpowiedz
Jarek (gość) - 2 tygodnie temu

Och Pan Kiero! jakie to szczęście dla naszej młodzieży i dzieci chowanie że już nie jest i nigdy nie będzie! Nie chce pisać złych słów, jednak każdy pamięta dlaczego Pan Waldek już nie jest "Kiero" No ma chłop fantazje i świetne zdanie o sobie, taka chwali pietą, realia jednak nie były tak różowe. Pozdrawiam kibiców KS Chojnowianka. Oby nigdy więcej "Kiera!"

Odpowiedz
ksch (gość) - 2 tygodnie temu

Waldek to prosty chłop bez wiedzy.Takich głupot dawno nie czytałem.Sport wiąże się z wyrzeczeniami,treningiem,wychowaniem.Sąsiad Waldka wie najlepiej,jakim był kierownikiem.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze