Po zmaganiach inaugurujących naszą ligę przyszedł czas na pierwsze mecze ćwierćfinałowe w ramach Pucharu Polski. W ostatnim spotkaniu rozgrywanym w Gdańsku, miejscowa Lechia zremisowała 0:0 z Jagiellonią Białystok.
Obie ekipy do tego spotkania przystępowały w nieco okrojonych składach. Przeciwko białostoczanom nie wystąpili kontuzjowany Wiśniewski i pauzujący za kartki brazylijski obrońca Deleu. Trener Probierz nie mógł skorzystać z usług Bartłomieja Grzelaka, który do końca sezonu wypadł z powodu poważnego urazu.

Pierwsze minuty pojedynku rozgrywanego przy ul. Traugutta należały do gospodarzy, którzy od początku wykazywali na murawie większą aktywność niż goście. W 3. minucie na strzał z poza pola karnego zdecydował się Bedi Buval i na stadionie rozległ się tylko jęk zawodu, gdyż futbolówka trafiła w boczną siatkę. Kibice „Jagi” mogli odetchnąć, gdyż była to bardzo groźna sytuacja.
Aktualny lider Ekstraklasy nie przestraszył się jednak piłkarzy Tomasza Kafarskiego i z każdą upływającą minutą szukał swoich szans w tej rywalizacji. Dopiero w 15. minucie goście pierwszy raz uderzyli na bramkę Grzegorza Sandomierskiego. W głównej roli wystąpił Franck Essomba, lecz lekkim strzałem nie zdołał zaskoczyć golkipera Jagiellonii. Dosłownie chwilę później próbował Thiago Cionek, ale tym razem defensorzy Lechii byli na miejscu.
Do słowa po jakimś czasie ponownie doszli gospodarze, jednak w dogodnej sytuacji wprost w Sebastiana Małkowskiego trafił Buval i na tablicy świetlnej cały czas utrzymywał się bezbramkowy remis. Po tym wydarzeniu tempo meczu nieco siadło. Przed końcem pierwszej odsłony zespoły skupiły się głównie na walce w środku pola i sędzia Borski po dwóch doliczonych minutach odgwizdał zakończenie pierwszej połowy.

Na drugie trzy kwadranse zarówno „Lechici” jak i „Jaga” wyszli niezwykle zmotywowani. Mecz się ożywił a piłka wędrowała pod pole karne jednych i drugich. Gorąco pod bramką gości zrobiło się w 63. minucie, kiedy po znakomitym odegraniu czarnoskórego Traore na wolne pole wyszedł Buval i trafił wprost w Sandomierskiego, marnując najlepszą jak do tej pory okazję. Szkoleniowiec białostoczan widząc, że inicjatywę przejęli gospodarze, od razu postanowił zareagować i na plac gry desygnował Tomasza Frankowskiego.











