Reprezentacja Francji, jak to określił jeden z jej piłkarzy, „rozpoczęła nową erę” pod wodzą Laurenta Blanca. Otrzymała ona zupełnie nowe oblicze, choć rodzące się w bólach. Jednak oczekiwano, iż po upadku francuskiej piłki, jakim bezsprzecznie była postawa w RPA, proces ten będzie trwał znacznie dłużej. Czyżby Blanc był cudownym uzdrowicielem?
17 czerwca 2010 roku to data, o której cała Francja pewnie chętnie by zapomniała, bo wtedy to ich reprezentacja stanowiła jedynie szare tło dla świetnych Meksykanów, a balon napięć i niezdrowej atmosfery wokół zespołu Raimonda Domenecha naprężył się do granic możliwości. Wybuchem była kłótnia Nicolasa Anelki z trenerem w przerwie meczu, a następne wydarzenia były już prostą konsekwencją. Wykluczenie buntownika z drużyny wywołało protest wśród pozostałych, ze spokojnym Evrą na czele. Szczęściem w nieszczęściu dla Francji było to, że piłkarze wyszli na boisko przeciwko afrykańskim gospodarzem, choć styl jaki zaprezentowali wołał o pomstę do nieba.

Każdy przeciętny zjadacz chleba (bo kto nie interesuje się mundialem) dowiedział się wtedy, iż we francuskim futbolu źle się dzieje i po skończonym turnieju będziemy mieć kontynuację tejże telenoweli. Oczywiście, musiały polecieć głowy, z selekcjonerską na czele, bo lud domagał się ofiar. Jednak na tym się nie skończyło, gdyż francuska federacja wzorem pokazowych procesów obrała sobie kilku kozłów ofiarnych (Anelka, Ribery, Evra), zapominając, że inni także brali udział w rebelii. Straszak na niewiele pomógł, ponieważ Anelka zaczął się w głos śmiać z narodowego związku, w Bayernie zaś cieszyli się, że Ribery wreszcie będzie mógł się skupić na grze w klubie. Sam zawodnik przyznał, iż potrzebuje odpoczynku od kadry. Na domiar złego szefostwo swoimi decyzjami podłożyło stos kłód osobie, która miała przyjść w miejsce Domenecha, wykluczając kluczowych zawodników europejskiego formatu. Któż w tak obłędnej sytuacji budowania od zera zdecydowałby się na pracę?
Zbawcą francuskiej piłki okazać się miał mistrz świata z 1998 i Europy z 2000 roku, wręcz ikona niedawnej potęgi „Trójkolorowych”, Laurent Blanc. Jasne było, iż rodząca się na nowo kadra nie będzie osiągać wybitnych wyników i społeczeństwo nad Sekwaną było gotowe poświęcić czas, by za czas jakiś nie wstydzić się swoich piłkarzy. Było na to gotowe, ale jednocześnie liczyło na uniknięcie większych upokorzeń. Tak się nie stało. O ile porażka w wyjazdowym meczu z Norwegią nie zaniepokoiła kibiców, to inauguracyjna klęska w eliminacjach do mistrzostw Europy z Białorusią okazała się być zbyt mocnym ciosem dla nich. Ból ten był tym silniejszy, że w obecności kompletu widzów na magicznym Saint Denis, które widziało największe sukcesy, włączając wygrany finał z Brazylią. Jeśli ich pupile grają tak słabo tutaj, to trudno było sobie wyobrazić, co ich czeka za kilka dni w Sarajewie z Bośnią, typowaną do walki o awans.












