Od kiedy wprowadzono w mistrzostwach Europy fazę grupową, niejako tradycją stało się wychodzenie z grupy drużyny organizującej turniej. Zostało to trochę przełamane w 2000 roku, kiedy po trzech meczach odpadła Belgia, a przed czterema laty pierwszy raz w historii na tym etapie z rozgrywkami pożegnali się obaj gospodarze – Austria i Szwajcaria. Jakie są możliwości tegorocznych gospodarzy? Przyjrzyjmy się jednemu z nich, reprezentacji Polski.

W przypadku turnieju, który w czerwcu odbędzie się nad Wisłą, „Biało-czerwoni” nie mają zbyt wielkiego doświadczenia. W najważniejszych piłkarskich rozgrywkach na Starym Kontynencie Polacy uczestniczyli raz. Miało to miejsce przed czterema laty, kiedy kadra prowadzona przez Leo Beenhakkera brała udział w mistrzostwach w Austrii i Szwajcarii. Spadkobiercy Grzegorza Laty i Kazimierza Deyny jednak nie nawiązali do nich, zaprezentowali się słabo i odpadli już po trzech meczach. „Orły” uległy 0:2 Niemcom i 0:1 Chorwatom, zaliczając po drodze remis 1:1 z Austrią. Tym, co kibice na pewno pamiętają z tego czasu, jest: kiepska postawa piłkarzy, kapitalne interwencje Artura Boruca oraz kontrowersyjnego sędziego Howarda Webba i prowadzony przez niego mecz z Austrią, w którym uznał gola ze spalonego i podyktował „jedenastkę” z kapelusza.

O wiele lepiej „Biało-czerwoni” radzili sobie w najważniejszych piłkarskich rozgrywkach na świecie. Debiutowali w nich jeszcze przed II wojną światową, bo w 1938 w turnieju organizowanym we Francji. Polacy jednak szybko się z nim pożegnali. Zdążyli zagrać w 1/8 finału, w którym przegrali 5:6 z Brazylijczykami. Spotkanie to przeszło do historii ze względu na Ernesta Wilimowskiego, którego zespół przegrał, choć on zdobył cztery bramki. Na kolejny mundial „Białe Orły” musiały czekać prawie 40 lat. Udało im się zakwalifikować do rozgrywek odbywających się w Republice Federalnej Niemiec. Mimo że był to polski debiut w tak wielkiej imprezie w czasie powojennym, piłkarze znad Wisły nie zamierzali być tam chłopcami do bicia. Jechali do Niemiec jako świeżo upieczeni mistrzowie olimpijscy z Monachium i liczyli na nawiązanie do sukcesu wśród piłkarskiej elity. Na dzień dobry o sile reprezentacji prowadzonej przez legendarnego Kazimierza Górskiego przekonała się Argentyna, która uległa Polsce 2:3. Spotkanie z Haiti okazało się formalnością, Polacy zwyciężyli 7:0, by w następnej kolejce odprawić z turnieju Włochów, po zwycięstwie 2:1. W drugiej rundzie grupowej „Biało-czerwoni” również świetnie sobie radzili. Po pokonaniu 1:0 Szwecji i 2:1 Jugosławii Kazimierz Górski i spółka stanęli przed największym wyzwaniem życia – awansem do finału mistrzostw świata. Droga do niego wiodła jednak przez pokonanie gospodarzy. W pamiętnym „meczu na wodzie” Polacy nie potrafili ze względu na warunki pokazać pełni swoich możliwości. Wiele okazji do interwencji miał Jan Tomaszewski, broniąc między innymi rzut karny Ulego Hoenessa. Jednak gol Gerda Muellera dał awans Niemcom, a Polakom prawo rywalizacji o brązowy medal, który wywalczyli po pokonaniu Brazylii. Powtórzenia sukcesu spodziewaliśmy się cztery lata później w Argentynie. Do zwycięstwa poprowadzić miał Jacek Gmoch. „Biało-czerwoni” bez większych problemów wygrali grupę po bezbramkowym remisie z Niemcami oraz zwycięstwach z Tunezją i Meksykiem, odpowiednio 1:0 i 3:1. W drugiej fazie grupowej „Białe Orły” trafiły do faktycznej grupy śmierci z Brazylią, Argentyną i Peru. Zwycięstwo tylko z ostatnią ekipą z tego zestawienia spowodowało odpadnięcie z rozgrywek. Za to po kolejnych czterech latach Polska znów mogła być dumna ze swoich piłkarzy.













