Finał to wyjątkowy mecz. Tutaj bardzo często ze względu na wagę spotkania, trenerzy rezygnują z dotychczasowej taktyki. Bywa tak, że po zdobyciu gola drużyna się chowa i jedynie wyczekuje błędu rywala, oddając mu pole gry. Styl się nie liczy. Bowiem najważniejsze jest zwycięstwo. Nieważne jak, nawet kosztem samego widowiska. Tak właśnie postąpiła wczoraj ekipa dowodzona przez Jürgena Kloppa.
Najlepsza od lat edycja Ligi Mistrzów niestety zakończyła się bezbarwnym triumfem Liverpoolu. Wielu kibiców oczekiwało wielkiego widowiska, gdyż doskonale zdawało sobie sprawę z tego, jak podopieczni Kloppa gromili rywali na ligowym podwórku. Neutralni kibice mogą czuć się zawiedzeni, bo emocji zbyt wiele nie było, ale fani „The Reds” z pewnością nie mają nic przeciwko, jeśli chodzi o wczorajszą grę ich ulubieńców.
Defensywa kluczem do sukcesu
Każdy zna cytat Jose Mourinho, który mówił, że ofensywa wygrywa mecze, ale tytuły zgarnia defensywa. Przykładów potwierdzających ową tezę daleko szukać nie trzeba. Chociażby rok temu mogliśmy oglądać na rosyjskich stadionach mistrzów świata z Francji, których gra była – delikatnie mówiąc – brzydka przez cały turniej. Po zdobyciu bramki „Les Bleus” wyłącznie się bronili, co dla neutralnych widzów było po prostu nudne.
Liverpool do triumfu w Champions League doszedł, grając piękny futbol. Od fazy grupowej do półfinału, za małymi wyjątkami, jak na przykład pierwszy mecz z Bayernem Monachium, oglądaliśmy podopiecznych Kloppa grających niesamowitą piłkę. Kwintesencją tego był rewanż w półfinale z Barceloną na Anfield. Wówczas Liverpool rozgromił „Dumę Katalonii” 4:0, tym samym meldując się w finale.
Jednakże sukces był budowany stopniowo. Trzeba było cierpliwości, by drużyna wreszcie zdobyła upragnione trofeum. Wszyscy doskonale pamiętają fatalne popisy w bramce Lorisa Kariusa w zeszłym roku. Być może gdyby nie fatalne błędy Niemca w bramce Liverpoolu, sukces przyszedłby wcześniej. Jednakże po tamtym spotkaniu Jürgen Klopp wyciągnął wnioski.
Niemiec zdawał sobie sprawę z tego, którą formację należy w pierwszej kolejności wzmocnić. Szeregi Liverpoolu zasilił były bramkarz Romy – Alisson Becker, który przychodził na Anfield jako najdroższy golkiper na świecie, bo kosztował całe 75 milionów euro! Warto dodać, że za podobne pieniądze nieco wcześniej przyszedł Virgil Van Dijk, którego transfer wyśmiewano, a dziś jest jednym z najlepszych obrońców w Premier League i na świecie.











