Jerzy Brzęczek, samozwańczy Kazimierz Górski na nowe czasy, jest ostatnio najbardziej zadowolonym Polakiem. Zadowalają go jego decyzje personalne, rezultaty osiągane przez kadrowiczów, przygotowanie drużyny do zbliżających się mistrzostw Europy. Mniej powodów do satysfakcji (nie wliczając Arkadiusza Onyszko) mają za to kibice. Czy „Niekochani” Brzęczka mają prawo w ogóle funkcjonować w tej formie? A jeżeli nie w tej, to jakiej? Zapraszam do analizy.
4 i 9 września piłkarska reprezentacja Polski rozegrała w ramach ligi narodów dwa mecze. Przegrane 1:0 spotkanie z Holandią w Amsterdamie oraz wygrany 2:1 mecz z Bośnią i Hercegowiną. Czego dowiedzieliśmy się o naszej „Sbornej” po tych dwóch występach?
Pomarańczowa rewolucja
Johan Cruijff Arena ostatni raz widziała taki pokaz bezsilności 4 września 2006 roku, kiedy to koncert na niej dawała będąca w ostatnim stadium uzależnienia od narkotyków i alkoholu znana ikona pop – Madonna. Reprezentacja Polski wykastrowana ze swojej największej gwiazdy, Roberta Lewandowskiego, skompromitowała się w sposób, w jaki nie przystawałoby skompromitować się nawet sympatycznemu Bohdanowi Kwaśniakowi i jego LZS-owi Chrząstawa.
Linia pomocy w tym meczu praktycznie nie istniała. Plan taktyczny, który realizowali „Biało-czerwoni”, daje się zamknąć w jednym schemacie – piłka do Glika, długie podanie do Piątka i może się uda.
Reprezentanci Niderlandów, którzy bili kulturą gry Polaków o głowę, komentowali po meczu, że oni chcieli grać, ale 11 mężczyzn w białych koszulkach próbowało im w irytujący sposób przeszkadzać. Wynik 1:0 dla „Oranje” to najmniejszy wymiar kary, jaki mogli nam wymierzyć. Największy grzech trenera Brzęczka z tego meczu? Wystawienie Bereszyńskiego na lewej obronie – pozycji, która wielokrotnie zweryfikowała i obnażyła jego braki w sztuce piłkarskiej.
Ten mecz musimy wygrać
Po fatalnej postawie w spotkaniu z Holandią wielu kibiców cicho ściskało kciuki za porażkę z Bośnią i Hercegowiną oraz ewentualne zwolnienie selekcjonera. Ten jednak po raz kolejny zagrał na nosie wszystkim niedowiarkom. Oto bowiem „Gladiatorzy” byłego trenera Wisły Płock po heroicznej walce z szalonymi mieszkańcami Bałkanów podnieśli z boiska trzy punkty.
Sam trener po raz kolejny udowodnił, że ma w sobie coś z geniuszu Mourinho połączonego z taktyczną elegancją Guardioli i sprytnie oszukał Bośniaków, desygnując do gry Jacka Góralskiego. „Zmajevi” nie byli gotowi na to, że mający swój rodowód w Bydgoszczy piłkarz Kajratu Ałmaty sprytnie zamieni się pozycją z Piotrem Zielińskim i będzie najkreatywniejszą z postaci występujących na boisku w Zenicy.
Warto odnotować, że w tym meczu dokonała się rzecz przełomowa: na pozycji lewego obrońcy wystąpił… lewy obrońca, Maciej Rybus! Niestety podobna sztuka nie udała się już z Kamilem Jóźwiakiem i nominalny lewy skrzydłowy Lecha Poznań zmuszony był do gry w prawym sektorze boiska (co, trzeba przyznać, oprócz jednego karykaturalnego błędu nie wychodziło mu źle).











