Futbolem rządzą pieniądze, wszyscy to wiemy. Sport w wielu krajach stał się niemal osobną gałęzią gospodarki, w którą inwestuje wiele znanych osobistości. Nie wszyscy jednak akceptują rolę pieniądza w piłce nożnej, wielu optuje za wprowadzeniem diametralnych zmian w przepisach dotyczących między innymi transferów.
Wielu kibicom od kilku miesięcy klub Manchester City kojarzy się z szejkowymi miliardami należącymi do konsorcjum Abu Dabi. Odkąd owa firma przejęła angielski zespół, inne piłkarskie drużyny drżą z niepokoju o swoje największe gwiazdy. Cud sprawił, że na początku tego roku do City nie trafił Brazylijczyk Kaka. 500 tys. funtów tygodniowo nie kusiło go na tyle, aby przeprowadzić się do Anglii. W momencie przejęcia Manchesteru City Mansour bin Zayed, szef Abu Dabi, zapowiadał wielką orgię zakupów, sporządzając krótką listę pięćdziesięciu nazwisk, które widziałby w swoim zespole. Na celowniku znalazły się same największe piłkarskie VIP-y na czele z Davidem Villą, Ronaldinho, Leo Messim, czy Thierry’m Henry. Prezydent UEFA, Michel Platini, szybko zareagował i zaproponował, by wprowadzić górny limit kwot, które kluby mogłyby wydawać na zakup pojedynczego zawodnika. Według pomysłu UEFA granicą byłby pułap 51% rocznego dochodu klubu, wyliczanego na podstawie wpływów z transferów, sprzedaży biletów i klubowych pamiątek, wreszcie z funduszy od sponsorów.
Nie ma nic złego w pompowaniu we własną drużynę ogromnych sum pieniędzy. Wszystko to powinno pozostać w gestii właściciela, który w ramach możliwości inwestuje w klub konkretną kasę. Pamiętajmy, że petrodolary pochodzące od szejków czy pieniądze z jakichkolwiek innych źródeł nie zapewniają drużynie tytułów, a nawet stabilnej, dobrej gry; wyłączam z tego fragmentu kilka sezonów polskiej ekstraklasy, drugiej ligi i Serie A, kiedy istniała opcja kupienia za odpowiednio wysoką kwotę konkretnego meczu niczym na niedzielnym targowisku. Wracając do związku milionów euro z wynikami, przytoczę przykład madryckiego Realu, który jeszcze całkiem niedawno określany był mianem „Galacticos”. Podejrzewam, że gdyby dziś przypomnieć tę nazwę kibicom Barcelony, ci wybuchliby śmiechem. Swego czasu „Los Blancos” zdobywali tytuły i byli naprawdę niezłą drużyną, lecz kiedy właścicielom po tych sukcesach woda sodowa uderzyła do głowy, zaczęli wydawać niebotyczne sumy na nowych grajków. O ile przyjście Luisa Figo czy Zinedine’a Zidane’a przyniosło klubowi wiele dobrego, tak sprowadzenie wspaniałego (jeszcze wtedy) Michaela Owena totalnie zepsuło piłkarzowi karierę. Anglik najczęściej siedział na ławce rezerwowych, bo nie mieścił się do pierwszej jedenastki, gdzie atak tworzyli równie znakomici Raul i Ronaldo. Teraz Owen właśnie spadł ze swoim Newcastle do drugiej ligi…
Na świecie jest wielu dobrych zawodników, których transfer kosztowałby bardzo wiele i trudno wyobrazić sobie, aby wszyscy mogli znaleźć się w jednej drużynie. To świadczy o tym, że nawet dzięki miliardom arabskich szejków nie można stworzyć zespołu zrzeszającego wszystkie te gwiazdy. Druga sprawa – patrząc przez pryzmat zmian, które chce wprowadzić UEFA, klub, który przykładowo przez trzy sezony oszczędzał pieniądze na zakup jednego dobrego zawodnika, nie mógłby go kupić, ponieważ pan Platini udowodniłby właścicielowi, że suma, jaką chce wydać na tego piłkarza przekracza 51% klubowych dochodów z biletów, reklam, umów sponsorskich itd. Czy to jest sprawiedliwe?










