Startujemy z nowym cyklem. Będzie on nosił nazwę „Legendy Premier League”. Co tydzień będziemy prezentować najlepsze mecze i największe osobowości w historii angielskiej piłki. W premierowym odcinku zapraszamy na wspomnienie finału Pucharu Anglii z roku 2006, kiedy to zmierzyły się ze sobą West Ham United oraz Liverpool.
Mecz ten na zawsze przeszedł do historii jako popis jednego aktora i był nim oczywiście Steven Gerrard. Kapitan Liverpoolu jeszcze raz natchnął wtedy swój zespół i dał impuls do wygrania Pucharu Anglii. Jego wyczyny przyćmiły nawet występ Pepe Reiny, który obronił trzy „jedenastki” w serii rzutów karnych. Było to jedno z najlepszych i najbardziej emocjonujących spotkań w historii FA Cup. Ale po kolei.
Mecz miał być początkowo rozegrany tydzień później, jednak veto postawił ówczesny menedżer Anglii Sven-Goran Eriksson, nalegając, aby wszyscy reprezentanci Anglii, którzy wystąpią w tym spotkaniu, mogli dłużej odpocząć przed rozpoczynającym się zgrupowaniem. Zbliżały się mistrzostwa świata i Szwed chciał mieć jak najświeższych piłkarzy przed mundialem. FA zgodziła się na sugestie szkoleniowca i datę finału wyznaczono na 13 maja 2006 roku. Miejscem rozgrywania finału wybrano Millenium Stadium w Cardiff.
Mecz zaczął się wspaniale dla piłkarzy ówczesnego trenera WHU – a dzisiejszego Newcastle – czyli Alana Pardew. W 21. minucie spotkania Lionel Scaloni dośrodkował piłkę z prawego skrzydła, a Jamie Carragher tak nieszczęśliwie przeciął futbolówkę, że ta wpadła do siatki obok zdezorientowanego Pepe Reiny. Wszyscy fani „The Reds” byli w szoku. Ale to nie był koniec. Siedem minut później hiszpański bramkarz Liverpoolu nie zdołał utrzymać piłki po uderzeniu Matthew Etheringtona, a najszybciej doskoczył do niej Dean Ashton, doprowadzając sympatyków klubu z czerwonej części Liverpoolu do jeszcze większej rozpaczy. Fani West Hamu ryczeli za to z radości, „dmuchając bańki aż pod samo niebo…”.
W pierwszej połowie sędzia główny tego finału Alan Wiley nie uznał trafienia Petera Croucha po dośrodkowaniu Gerrarda. Spalony. W 32. minucie było już tylko 1:2. „Stevie G” wrzucił podobną piłkę jak przed momentem w pole karne, a tam czyhał już na nią jeden z najbardziej kolorowych ptaków europejskiego futbolu, czyli Djibril Cisse. Uderzenie minęło bramkarza „Młotów” Shakę Hislopa i bramka kontaktowa dla Liverpoolu stała się faktem!
Niecałe dziesięć minut po zmianie stron byliśmy świadkami remisu. Piłka posłana w pole karne na głowę Croucha ostatecznie padła łupem Gerrarda, a ten pięknym wolejem umieścił ją w okienku bramki West Hamu! Cóż za powrót. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść! W 63. minucie lewą flanką pobiegł niezmordowany lewy defensor West Hamu Paul Konchesky i ostro dośrodkował w „szesnastkę” „The Reds”. Piłka nabrała takiej rotacji, że wpadła prosto do bramki Reiny! Cudowny, aczkolwiek przypadkowy gol!
Taki stan meczu utrzymywał się aż do końca regulaminowego czasu gry. Od czego jest jednak „Fergie Time”, nieprawdaż? Piłka dośrodkowana w pole karne West Hamu została wybita na 30. metr od bramki „Młotów”, ale tam czekał już na nią nie kto inny, jak kapitan „The Reds”. Gerrard bez namysłu złożył się do strzału, przepięknym uderzeniem wyrównując wynik spotkania na 3:3. Takie uderzenie w takim meczu i to dodatkowo w doliczonym czasie gry! Alfred Hitchcock by tego lepiej nie zaplanował! Ekstaza w sektorach zajmowanych przez fanów z Anfield! 3:3 i dogrywka!










