Pamiętam, jak kiedyś w czasie meczu reprezentacji z Azerbejdżanem mój bliski znajomy szydził z Henryka Apostela i postawy jego wybrańców, którzy odgrywali jeden z najbardziej kompromitujących spektakli w historii naszej rodzimej piłki. Mecz, rozgrywany na żenującym poziomie, zakończył się bezbramkowym remisem i oboje byliśmy z tego wyniku niezadowoleni. Ja, bo kadra nie wygrała, on, bo nie przegrała. Nie potrafiłem zrozumieć powodów, dla których ów znajomy pragnął porażki zespołu narodowego. Jak można źle życzyć najważniejszej drużynie piłkarskiej w Polsce?
Dziś historia zatoczyła koło. Znów, jak średnio co dwa, trzy lata, w rodzimym futbolu nastał znany nam dobrze stan beznadziei. Tym razem stan ten jest jednak tak głęboki, że wydaje mi się, iż wyjście z niego będzie wymagało cudu. Nędzę, w jakiej znajduje się reprezentacja, pogłębia dodatkowo fakt przejęcia PZPN-owskich sterów przez ekipę Grzegorza Laty, mentalnie tkwiących w PRL-owskich układach rodem z „Piłkarskiego Pokera”. Ta smutna historia nie skończy się szybko, jeśli nie stanie się jakaś katastrofa.
To właśnie jest ta jedyna różnica pomiędzy dniem dzisiejszym, a wspomnianą wyżej historią. Dziś ja również pragnę, aby reprezentacja doznała klęsk w najbliższych meczach z Czechami i Słowacją. Uważam, że od kompromitacji w Pradze i Chorzowie jest coś jeszcze gorszego – przetrwanie obecnej, złożonej naprędce, w sposób niegodny cywilizowanego kraju, konstrukcji, z projektantem Majewskim na czele. Od pięciobramkowej porażki, najlepiej w obu spotkaniach, bardziej przeraża mnie utwierdzenie się betonowych chłopaków w przekonaniu, że dokonali kolejnego dobrego wyboru. Pierwszy raz interesy Majewskich, Latów i Piechniczków są tak dalece różne od moich, że złorzeczę polskim piłkarzom, choć są oni Bogu ducha winni.
Mojego zdania nie zmieni nawet fakt, że mamy jeszcze jakieś iluzoryczne szanse na awans do mistrzostw. Ja nie chcę, żeby reprezentacja na obecnym poziomie pojechała do RPA. Niby po co? Ostatnie wizyty na wielkich imprezach kojarzą mi się tylko ze wstydem i kompromitacją. Schemat byłby i tak ten sam – trzy mecze i powrót do domu.
Nie wyobrażam sobie zresztą, żeby Majewski osiągnął dobre wyniki w najbliższych spotkaniach. Jestem spokojny o to, że ekipa Stefana zagra na „zero z przodu”. To „coś”, co bawi w tej chwili na zgrupowaniu we Wronkach, nie ma żadnej racjonalnej podstawy do odniesienia sukcesu. Jedynym moim problemem jest rozmiar porażek. Klęska musi być jak najwyższa. Po ostatnich meczach eliminacyjnych musi zostać tylko popiół, tak aby wszyscy twórcy tego zgniłego i przeterminowanego produktu zostali wyrzuceni na margines. Wyśmiani i wydrwieni. Bez szans powrotu. Jeśli się tak nie stanie, czeka nas zgoła większe fiasko. Tylko że na EURO 2012 będzie to już obserwował cały świat. Skala wstydu będzie nieporównywalna do obecnej.
Majewski, zapytany wczoraj o to, co sądzi o proteście kibiców, krzyczał z oburzeniem, że pomysł jest chory. Chora to jest obecna sytuacja w PZPN-ie. Chore są zasady, na jakich działa liga i kadra. Chora jest ciągła obecność tych samych smutnych twarzy na związkowych zjazdach. Chory jest brak jakiegokolwiek systemu szkolenia, pieniędzy na młodzież, nauczania dla trenerów i horrendalne premie dla betonowych chłopców. Reakcja kibiców jest jak najbardziej zdrowa, bo nikt nie ma już ochoty patrzeć na to wszystko. Widocznie tylko tak radykalne środki są w stanie wymusić jakiś odzew. Protest zresztą już przyniósł skutek, wszak był jednym z omawianych punktów na ostatnim zjeździe.










