Co można zrobić z pieniędzmi, jak ma się ich za dużo? Możliwości jest dużo. Można na przykład wybrać się na ogromne zakupy. Co jest akurat na topie? Przede wszystkim piłkarze. Co przecież za problem sięgnąć do kieszeni po drobne miliony, żeby zaspokoić potrzebny ukochanego klubu? Przecież kupić można wszystko. Przynajmniej z takiego założenia wychodzi Sulejman Kerimow, prezes Anży Machaczkała.
Postawa klubu z Kaukazu nie jest pierwszym przypadkiem wyciągania piłkarzy z wielkich zespołów, oferując im bajeczne wynagrodzenia. Tym bardziej nie jest to premierą w Rosji. Kto przecież zaczął erę kupowania słynnego klubu i inwestowania w niego ogromnych pieniędzy? Uczynił tak, pełniący ówcześnie funkcję gubernatora Czukotki, Roman Arkadiewicz Abramowicz, kiedy w 2003 roku pozyskał Chelsea Londyn. Co się wtedy stało z „The Blues”, tego nikomu przypominać nie trzeba. Na Stamford Bridge z miejsca pojawiał się rzesza bardzo głośnych nazwisk z Hernanem Crespo i Adrianem Mutu na czele. Im bardziej Abramowiczowi zależało na trofeach, tym więcej wydawał na transfery. Kolejni sprowadzeni do stolicy Anglii, przede wszystkim Didier Drogba, Petr Cech i Jose Mourinho, zapewnili magnatowi naftowemu zaspokojenie ambicji. Niewiele czekaliśmy, by kolejne petrodolary, tym razem z okolic Półwyspu Arabskiego, zostały zainwestowane w Europie. Właścicieli zmienili Malaga CF, Paris Saint-Germain, a przede wszystkim Manchester City.
W pewnym momencie ktoś jeszcze postanowił z przeciętnej drużyny zbudować zespół na miarę europejskich pucharów. Ba, wręcz awansu do Ligi Mistrzów. Sulejman Kerimow, bo o nim mowa, stwierdził, że chce potęgę rosyjskiej piłki postawić w Machaczkale. Już na początku marca piłkarski świat przeżył jednak lekkie zdziwienie. Kto by się spodziewał, że słabawy rosyjski klub z liczącym nieco ponad pół miliona mieszkańców mieście zasili sam… Roberto Carlos. Z jednej strony zaskoczenie, że były gracz m.in. Realu Madryt zdecydował się na taki krok. Z drugiej można to potraktować jako zabieg czysto marketingowy. Kerimow jednak mieszkańców największyego kraju świata zaskoczył jeszcze bardziej. Anży zaczęło się liczyć i, mimo że jest zaledwie beniaminkiem, jak równy z równym rywalizować z największymi miejscowego futbolu.
W jednym trzeba panu Kerimow przyznać rację – jego koncepcja budowania zespołu sprawdziła się. Kolejne transfery wydawały się kwestią czasu. Jednak to, co zrobiła ekipa z Machaczkały, przeszło najśmielsze oczekiwania. Można wątpić, czy najzagorzalsi kibice kaukaskiego klubu to przeczuwali. Zawodnikiem „Dagów” został Jurij Żyrkow, a ostatnio świat zszokowało przejście do Dagestanu Samuela Eto’o. Mało tego, na finalnym etapie jest transfer Mehdiego Carceli-Gonzaleza, a w kontekście zasilenia Anży mówi się o Pawle Pogriebniaku, a nawet o Nemanji Vidiciu.
Wypada jednak zadać w tym miejscu pytanie o rzeczywisty sens inwestowanych pieniędzy. Liga rosyjska należy do najsilniejszych w Europie, jednak jej prestiżowi jest, delikatnie mówiąc, bardzo daleko do Premiership czy Primera Division. Trzeba więc jakoś przekonać wielkie nazwiska do zasilenia szeregów miejscowych klubów. Zwłaszcza, jeżeli leżą w tak mało atrakcyjnych miejscach jak Machaczkała. Sposób jest prosty, tym zawodnikom trzeba dużo płacić. Mało tego, trzeba wręcz ich przepłacać. Jedną gwiazdę tego formatu, jaką niewątpliwie jest Roberto Carlos, w klubie można przyjąć. Pozyskanie Jurija Żyrkowa jeszcze można zrozumieć. Jednak kompletnie zwala z nóg to, że za jego transfer Anży zapłaciło więcej niż Chelsea dała z niego CSKA Moskwa. Szczegół, że „Rosyjski Ronaldinho” na Stamford Bridge czas spędzał głównie na grzaniu ławy. Jednak transfer Samuela Eto’o przebił wszystko. Pewnie dla wszystkich przez długi czas będzie tajemnicą, jak to się stało, że Kameruńczyk zamienił jedną z najlepszych lig świata na grę w rosyjskim średniaku.










