Jak na razie na Euro w 100% sprawdza się powiedzenie Gary’ego Linekera, który swego czasu powiedział, że „piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy”. Nasi zachodni sąsiedzi zwyciężyli już na mistrzostwach po raz drugi. Po raz drugi pokonali niezwykle mocnego rywala w grupie śmierci. I po raz drugi katem przeciwników okazał się Mario Gomez.
Super-Mario Gomez, który dzisiaj był „unaufhaltsam” (nie do zatrzymania), jak by powiedzieli jego rodacy. „Weltklasse”, dodaliby. Gdyby oceniać go tylko na podstawie pierwszej połowy, to można by mu dać 10/10. Czego się nie dotknął, zamieniało się w bramkę dla jego zespołu. Po raz pierwszy uciekł obrońcom w 24. minucie i z zimną krwią pokonał Stekelenburga.
Minął niecały kwadrans i okazało się, że… stoperzy holenderscy niczego się nie nauczyli. Znowu zostawili mu pół metra miejsca. Tym razem sytuacja była dużo trudniejsza. Gdyby Gomez kopnął piłkę w trybuny, to nikt za tę akcję nie miałby wielkich pretensji, pozycja była trudna. Ale dla Gomeza przed przerwą nie istniało słowo „trudny”. Kopnął więc mocno, tuż przy słupku. Wpadło.
W szatni obrońcy Holandii wyciągnęli wnioski i w drugiej połowie od Gomeza już się nie odklejali. Ten po przerwie aż tak więc nie błyszczał. Zadanie jednak wykonał, strzelił dwa gole, dogonił w klasyfikacji snajperów Dzagojewa i praktycznie wprowadził Niemców do ćwierćfinału. W 72. minucie mógł zejść z czystym sumieniem i poczuciem spełnionego obowiązku. Na boisku ustąpił miejsca Klosemu, który przez wielu był typowany do pierwszego składu kadry. Loew się jednak nie pomylił i znowu trafił w dziesiątkę z wyborem napastnika, a Miro chyba musi przyzwyczaić się do ławki.









