Jeden z najbardziej rozpoznawalnych kucharzy w naszym kraju. Przez okrągłe siedem lat osoba odpowiedzialna za żywienie reprezentacji Polski. Był blisko kadry, zaprzyjaźnił się z wieloma piłkarzami, działaczami i dziennikarzami. Sam swoją pracę z reprezentacją określa jako przygodę życia, z której ma mnóstwo pięknych wspomnień. Robert Sowa, bo o nim mowa, udzielił bardzo obszernego wywiadu magazynowi „Futbolmag”.
Robert Sowa spędził z reprezentacją wiele lat. Był pierwszym szefem kuchni w historii naszej kadry i chyba już zawsze będzie wszystkim kojarzyć się z polską piłką. – Zamknąłem swój rozdział związany z kadrą narodową, czyli moją przygodą życia – tak to postrzegam. Myślę, że najlepszym potwierdzeniem tego, jak silna to była przygoda, jest fakt, że do dzisiaj dziennikarze z całej Polski dzwonią i pytają, co piłkarze będą jedli. Ja im odpowiadam, że już dawno mnie nie ma. A oni: „Tak?! Jak to pana nie ma?!”.

Przez ten czas Sowa bardzo zżył się z piłkarzami, którzy przewinęli się przez kadrę, zarządzali nią czy po prostu pisali o naszej reprezentacji. – Moja reprezentacja w piłce nożnej to była reprezentacja, w której byłem nie tylko kucharzem, ale też kolegą i przyjacielem. Do dzisiaj przyjaźnimy się z wieloma piłkarzami. Przykładem mogą być częste telefony z Tomaszem Iwanem. Za każdym razem jak jestem w Lublinie, widzę się z Jackiem Bąkiem. Z Markiem Koźmińskim czy też paroma innymi piłkarzami spotkałem się ostatnio na urodzinach u Radka Majdana. Urodziła się córka Tomaszowi Kłosowi, przyjechał Adam Matysek i siedzieliśmy wspólnie, popijając wino i wspominając dawne czasy. Za każdym razem jak jestem na Legii, przybijam piątkę czy to z Jackiem Zielińskim, czy ze Stasiem Machowskim. To samo dotyczy selekcjonerów. Myślę, że jest to coś pięknego.
Wszystkich kibiców ciekawią nawyki żywieniowe naszych piłkarzy. Oczywiście, takowych nie brakowało. Każdy miał swoje ulubione potrawy. – Były śliwki z lodami waniliowymi Jacka Bąka, były makarony Koźmińskiego, były steki Hajty, były zupy Krzynówka… Tak, Krzynówka, jeszcze wtedy grał w Bayerze Leverkusen i on razem z Hajtą musieli mieć zawsze gorące zupy. Kiedyś Krzynówek powiedział mi, że nie po to ktoś wymyślił zupę, żeby ją letnią podawać – wspomina z uśmiechem na twarzy Robert Sowa.













