Do Euro 2012 pozostało już bardzo mało czasu. Za trzynaście miesięcy ruszy największa impreza sportowa, jaka kiedykolwiek była organizowana w Polsce. Wydaje się, że przynajmniej sprawy sportowe powinny być dopięte na ostatni guzik. Ale chyba nie są.
5 maja, w cieniu afery związanej z burdami po finałowym meczu Pucharu Polski, została ogłoszona jakże radosna wieść – Polska zagra z Argentyną! Zapanowała radość, że to silny i atrakcyjny rywal dla naszej reprezentacji. Co więcej, takie spotkania, jak to z rodakami Diego Maradony, mają być świetnym przetarciem przed Euro dla polskich piłkarzy.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że… to nie będzie pierwszy garnitur reprezentacji Argentyny. Zabraknie takich piłkarzy jak Messi, Higuain, Tevez, Milito, Di Maria… Można by wymieniać dalej, ale to bez sensu. Nieobecność tych panów nie oznacza jednak, że nasi reprezentanci przejadą się po „Albicelestes” jak walec drogowy. Co to, to nie. Kadra powołana na czerwcową potyczkę jest na tyle silna, że powinna sobie poradzić z naszymi piłkarzami.
Do czego więc zmierzam? Ano do tego, że skoro nie gramy o punkty, a gramy towarzysko, to powinniśmy starać się o to, by grać z najlepszymi w najsilniejszych składach, a nie z rezerwami najlepszych. Na Euro nie przyjedzie przecież kadra B Hiszpanii, Holandii, Anglii czy Niemiec. Wszyscy wystawią do boju swe największe armaty. Co do tego nie ma wątpliwości. A jeśli my chcemy się z nimi mierzyć, to musimy się ogrywać z zespołami na podobnym poziomie.
Słów jeszcze kilka trzeba poświęcić naszemu selekcjonerowi, który buńczucznie zapowiada wyjście z grupy. Powodzenia. Szczerze i z całego serca. Problem tylko w tym, że promocja Euro 2012 w Kanadzie okazała się ważniejsza, niż obserwowanie piłkarzy na boiskach w poprzedni weekend. Chyba nie tędy droga. Chociaż jakbym miał do wyboru zobaczyć wodospad Niagara za darmo albo zobaczyć mecz Legia – Widzew też za darmo, to jednak wybrałbym to pierwsze. Tyle tylko, że ja nie jestem selekcjonerem. A to wiele zmienia.
Ale nie mnie to oceniać. Oceniał będzie pan Lato, który zapowiedział, że plan minimum to właśnie wyjście z grupy i z tego rozliczany będzie Smuda. Obaj, podczas oglądania kanadyjskich uroków, na pewno przygotowali odpowiednią strategię działania i wiedzą już jak będzie wyglądała gra reprezentacji na Euro. Chwała im za to. Oby wyglądała tak samo dobrze jak wodospad Niagara.












