Zamiast zatrudnić za te dwa miliony funtów kogoś, kto wie lub wiedzieć może, jak uchronić zespół przed degradacją, właściciel podejmuje decyzję sercem kibica, którym de facto jest, i do współpracy zaprasza żółtodzioba.
Korespondencja z Anglii
Choć uniknąłem publicznego prognozowania przed pierwszym meczem, od początku uznaję zatrudnienie Alana Shearera na St. James’ Park za pomyłkę – przynajmniej na tym etapie sezonu. Nad wielkim klubem, borykający się z jeszcze większymi problemami, unosi się widmo potężnych kłopotów związanych z perspektywą grania za rok w The Championship.

Shearer to niepodważalna legenda Magpies. Ponad dwieście bramek, fantastyczne mecze, niesamowite umiejętności – nad jego piłkarską karierą można tylko wykrzykiwać „och” i „ach„. Ale swoimi bramkami i szczerą miłością do klubu, Newcastle nie uratuje. Barbara Clough, wdowa po Brianie, wspominała niedawno, że współcześni trenerzy chcieliby od razu pracować w Premier League, choć tak się nie da zbudować fundamentów dla późniejszych sukcesów. Opowiadała o wszystkich szczeblach, które jej mąż musiał przejść, aby wygrać ligę z Derby, a następnie Puchary Europy z Nottingham Forest. Shearera wskoczył na głęboką wodę, choć nawet nie uczył się pływać. Mógłbym wspomnieć o tym już wcześniej, kiedy Middlesbrough zatrudniało Garetha Southgate’a, West Ham Gianfranco Zolę czy Portsmouth Tony’ego Adamsa. Sęk w tym, że Southgate menadżerem został niemalże „z rozbiegu” po zakończeniu kariery, Adams pracował jako asystent na Fratton Park, a Zola pomagał przy młodzieżowej Squadra Azzurra. Paul Ince nawet nie zostanie wymieniony, bowiem ambitnie zaczął on od niższych lig, by trafić do Blackburn Rovers. Inna sprawa, że z tego grona tylko Zola zachowa swoją pracę na kolejny sezon.
„Momentum” Shearera, termin uwielbiany tak przeze mnie, jak i angielskich dziennikarzy, było tuż po zawieszeniu butów na kołku. Były snajper był łączony z pracą na St. James’ Park przez ostatnie trzy lata, ale zawsze odmawiał. Teraz, kiedy sytuacja jest beznadziejna, zdecydował się powziąć to wyzwanie. Była to bardziej decyzja serca, aniżeli rozumu – typowo dla ludzi z otoczenia tego klubu. Shearer nie przynosi nadziei sympatykom „Srok” .
Dziennikarze nadmuchują balon marzeń kibiców o bajkowym happy-endzie. Wszyscy ponownie oczekują na magiczną historię, która już raz nad rzeką Tyne się zdarzyła. W lutym 1992 roku zatrudniono , który cudownie uratował „Sroki” przed spadkiem do trzeciej ligi, by awansować do Premiership rok później. Tegoroczny sezon najprawdopodobniej zamknie na jakiś czas trwającą od 1993 roku przygodę „ z najwyższą klasą rozgrywkową. Stojący przy linii bocznej Shearer trzymał dzisiaj dłonie głównie w kieszeniach spodni. Nie gestykulował, nie zachęcał piłkarzy do ataków, nie pokazywał, jak powinni grać czy jak się ustawić na boisku. Stał i patrzył. Rzucił kilka słów w powietrze lub do sędziego technicznego, obrócił się kilka razy w stronę ławki rezerwowych, by nie dostrzec nic, co mogłoby odmienić losy meczu. Ot, typowy nowicjusz.










