Wrocławianie rozpoczęli ten mecz z niesłychanym animuszem. Pierwszy kwadrans mógł napełnić optymizmem serce każdego polskiego kibica. Potem jednak było z każdą minutą gorzej. Wpadła jedna bramka, a potem kolejna i Śląsk się posypał. Druga połowa była już męczarnią dla oka polskiego kibica. Hiszpanie dołożyli trzy gole i ustalili wynik dwumeczu na aż 9:1.
Fantastycznie dla Śląska mógł się rozpocząć pojedynek. Po tej akcji widać było, że Paixao w wywiadzie przedmeczowym nie rzucał słów na wiatr, twierdząc, że Śląsk zrobi wszystko, aby strzelić bramkę już w pierwszym kwadransie gry. Szybkie rozegranie po rozpoczęciu i Plaku znalazł się na dogodnej pozycji przed polem karnym Sevilli. Oddał mocny płaski strzał na długi słupek, ale Beto wyciągnął się jak struna i wybił piłkę na rzut rożny. Chwilę potem z daleka sił spróbował Mila i znów mieliśmy rzut rożny. Paręnaście sekund później po wejściu Hołoty był kolejny korner. To wszystko w trzy minuty. Śląsk na wejściu zafundował Hiszpanom niezłe pranie mózgu.

Następne dziesięć minut nie miało aż tak szalonego tempa, ale Śląsk wciąż grał niesamowicie wysokim pressingiem, z którym nie radziła sobie ekipa Unaia Emery’ego. Gdybym miał opisywać każdy strzał czy zagrożenie bramki rywali w wykonaniu wrocławian, ta relacja byłaby lekturą na pół nocy. W 15. minucie doczekaliśmy się riposty Sevilli. Rabello środkiem boiska pociągnął na pełnej szybkości i w okolicach szesnastego metra oddał mocny płaski strzał, ale przeszedł on kilka metrów od słupka bramki Gikiewicza. Po szalonym kwadransie, w którym jednak nie udało się strzelić bramki, Śląsk trochę spuścił z tonu i do głosu doszła Sevilla. Przy wyprowadzaniu piłki fatalną stratę zanotował Ostrowski i Hiszpanie wyprowadzili kontrę trzech na trzech, co mogło się skończyć bardzo źle, gdyby goście lepiej ją wykończyli.
Bardzo źle skończyło się jednak kilka minut później. Znów nieodpowiedzialnie zachował się Ostrowski, który niewątpliwie po meczu zbierze spore baty za swoją postawę. Prawy obrońca Śląska podał prosto pod nogi Rakiticia, który błyskawicznie podjął decyzję o strzale. Chorwat huknął prostym podbiciem, nadając niezwykłą rotację piłce, która zmyliła Gikiewicza i wpadła prosto w okienko bramki Śląska. Szybko podkopano polskie nadzieje o cudzie na Odrą. Nadziei jednak najwyraźniej nie stracili gracze Śląska, bo już parę chwil później po kiepskim zachowaniu defensorów Sevilli Mila z dwudziestu metrów próbował lobować wysuniętego Beto. Chyba pół stadionu widziało już piłkę w bramce, ale futbolówka przeleciała tuż obok niej. Kapitan Śląska dał jednak sygnał: walczymy!
Mecz na chwilę się uspokoił, aby znów przyspieszyć za sprawą Ślązaków. Najpierw dryblował Ostrowski, ale gdy mu nie wyszło, spróbował skrzydłem Mila. Kapitan Śląska pociągnął do końcowej linii i zagrał przepiękną piłkę na soczystego woleja Patejukowi, który jednak trafił prosto w obrońcę gości. Wybitą futbolówkę zgarnął jeszcze Kaźmierczak i huknął z dystansu, jednak wysoko ponad bramką. W momencie, gdy Śląsk jakby odzyskał inicjatywę w meczu, brutalną rzeczywistość uświadomił Polakom Bacca. Po raz kolejny katastrofalnie („fatalnie” to za małe słowo) zachowała się defensywa Śląska. Dynamiczny Rabello z dziecinną łatwością minął Kokoszkę i popędził w pole karne, mając obok siebie tylko Pawelca i niepilnowanego Baccę. Rabello dociągnął do piątego metra i wycofał piłkę do partnera, który pewnym strzałem przy słupku podwyższył prowadzenie Sevilli na 2:0 w meczu i 6:1 w dwumeczu…











