Gdy FIFA zagroziła naszemu związkowi piłkarskiemu wykluczeniem polskich drużyn ze wszelakich rozgrywek, włącznie z eliminacjami MŚ 2010 RPA, do akcji wkroczył sam premier Tusk. Donald Tusk. I jeżeli pojawił się w tej sprawie naprawdę nieoczekiwanie i z wielką pompą, to wyszedł prawdziwie „po angielsku”.
Dlaczego? Bo po prostu nie dał rady zrobić niczego, ażeby masz kochany PZPN uzdrowić. Nie był ani trochę konsekwentny czy choćby zdecydowany w swoich poczynaniach. Za to zgodził się na chyba wszystkie warunki FIFY, włącznie z wycofaniem ze związku kuratora, który chociaż po części próbował (to dobre słowo) cały ten bałagan ogarnąć. Premier spokojnie powrócił sobie do rządzenia całym krajem z podkulonym ogonem. Czyli cały „burdel”, jak to niesławnie określił osławiony już Janusz Palikot (de facto także z PO), pozostał. I jak długo jeszcze będzie się utrzymywał, nie wiedzą nawet najstarsi górale.

Może więc byłoby lepiej, gdyby europejska organizacja wyrzuciła z rozgrywek zarówno nasze kluby, jak i reprezentacje? Może wtedy w końcu włodarze przejrzeliby przez klapki na oczach i zabrali się za naprawianie szkód? I nie mówię tutaj oczywiście o odebraniu nam organizacji Euro, gdyż byłoby to samobójstwo nie tylko dla polskiej piłki, ale i całej naszej gospodarki. Ja tylko chcę w końcu tego cholernego oczyszczenia! Skoro dość mocno interesuje się nami cała FIFA, to sytuacja w polskiej piłce naprawdę musi być bliska beznadziejnej. Na szczęście beznadziejna jeszcze nie jest.
I jak w tej sytuacji ocenić Michała Listkiewicza? Wyborów nie udało mu się przeciągać w nieskończoność, więc ucieka do Nowej Zelandii (chyba już nawet ma bilet), by tam szkolić młodych sędziów. W sumie będzie im mógł pokazać idealny przykład z naszego krajowego podwórka, jak łatwo można ich wszystkich skorumpować. Swoją drogą, cały ten bałagan rozpoczął się właśnie od wykrycia łapówkarskich sędziów. I nie mówię tutaj tylko o ekstraklasie czy choćby pierwszej lidze. System jest zabrudzony i skorumpowany, od najniższych szczebli rozgrywkowych zaczynając. Żeby nie być gołosłownym: znam pewną drużynę, występującą w klasie okręgowej, która wygrywa praktycznie wszystkie spotkania na własnym boisku, dzięki „pomocy” arbitra, ale za to jak jeden mąż wysoko przegrywa wyjazdowe. Dlaczego? Bowiem byłym trenerem tego klubu jest obecny wiceprezes Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Ale najgorsze jest to, że wszyscy, dosłownie wszyscy, zainteresowani o tych machlojach wiedzą, ale nie robią nic, by to zmienić. Dramat…
Wróćmy do Listkiewicza. Nie wyrzucałbym go z naszej piłki na stałe, bo – po pierwsze – ma sporo znajomości w FIFA i UEFA, gdzie go lubią i szanują, z czym nie może się spotkać na każdym kroku w Polsce. Ile znaczą znajomości w obecnym świecie, wie chyba każdy. Nie zmienia to jednak faktu, że „Listka” szanują tak, że wysyłają go na sam koniec świata. Po drugie, to w końcu on jest pierwszym prezesem w historii, w czasie którego kadencji Polska organizuje wielką piłkarską imprezę. Dlatego też pozostawiłbym go w jakimś komitecie organizacyjnym, gdzie jeszcze mógłby zrobić coś dobrego. Tam się przyda. Po trzecie wreszcie, ma bardzo wysoką kulturę osobistą, zna języki, potrafi się wysłowić. Typ Aleksandra Kwaśniewskiego. Będzie potrzebny, gdy nowe wybory wygra proponowany zresztą przez niego Grzegorz „Beton” Lato. Nie naśmiewam się z niego. Szanuję go bardzo, szczególnie za jego dokonania dla polskiej piłki, ale prezesem PZPN nawet chyba ja byłbym lepszym… I zgadnijcie tu, o kim mowa.










