W pierwszym starciu barażowym będącym ostatnim etapem eliminacji mistrzostw świata w RPA obyło się bez niespodzianki. Nafaszerowana europejskiego formatu gwiazdami reprezentacja Rosji bez większych problemów pokonała w Moskwie Słowenię. Podopieczni Matjaża Keka zachowują jednak szanse na awans na mundial.
Faworyt tego starcia mógł być tylko jeden. Praktycznie wszyscy bukmacherzy na zwycięzcę tej konfrontacji typowali Rosjan. Zespół z gwiazdami pokroju Andrieja Arszawina, Igora Akinfiejewa i Konstantina Zyrjanowa z Guusem Hiddinkiem na ławce trenerskiej miał okazać się walcem, który rozjedzie Słoweńców. Piłkarze z Bałkanów liczyli, że kolektyw, jaki stworzyli, będący ich główną siłą w zmaganiach grupowych również okaże się kluczem do pokonania nafaszerowanej świetnymi piłkarzami Sbornej.

Potyczka na Łużnikach zaczęła się nieoczekiwanie od okresu przewagi gości. To podopieczni Matjaża Keka częściej bywali w polu karnym przeciwników, raz po raz stwarzając niebezpieczeństwo pod bramką Igora Akinfiejewa. W pierwszych minutach przyjezdni egzekwowali sporo rzutów rożnych. Nie przyniosły im one jednak pożądanego efektu. W dziesiątej minucie do siatki mógł trafić Valter Birsa, lecz piłka po odbiciu się jednego z defensorów ponownie znalazła się poza linią końcową. Dopiero 240 sekund później w opałach znalazł się Samir Handanović. Golkipera Udinese zatrudnił po podaniu Jurija Żyrkowa Konstantin Zyrjanow. Bramkarz gości dobrze się ustawił i nogą odbił strzał pomocnika Zenitu Sankt Petersburg.
Po tej akcji Rosjanie zyskali więcej pewności siebie. Częściej przebywali przy piłce, więcej rozgrywali. Nie potrafili jednak przez szczelny blok defensywny Słoweńców. W 25. minucie sędzia Bo Larsen podyktował rzut wolny dla Sbornej w pobliżu „szesnastki” Handanovicia. Choć była to dobra pozycja do oddania strzału, ostatecznie piłka została dośrodkowana do Andrieja Arszawina. Gwiazdor Arsenalu Londyn nie zrozumiał intencji kolegi z drużyny i do zagranej piłki nawet nie wyszedł. Zaledwie 60 sekund później w sytuacji sam na sam z Akinfiejewem znalazł się jeden z głównych katów Polaków, Zlatko Dedić. Bałkański napastnik chyba przestraszył się kapitana CSKA Moskwa. Jego uderzenie okazało się słabe i anemiczne, dzięki czemu rosyjski bramkarz nie miał z nim najmniejszych problemów. Po pół godzinie gry przed polem karnym przyjezdnych powalony został Roman Pawliuczenko. Futbolówka została odegrana do tyłu do Siergieja Ignaszewicza. Defensor „Wojskowych” strzelił potężnie, niczym z armaty, lecz trafił wprost w bramkarza przeciwników.
240 sekund przed końcem pierwszej połowy próbkę swoich umiejętności dał Pawliuczenko. Wbiegł w „szesnastkę” rywali, skupił na sobie uwagę obrońców, po czym odegrał piłkę do Dinijara Bilialietdinowa. „Bill” ją przyjął, minął zwodem słoweńskiego defensora i trafił do siatki. Do końca pierwszej połowy nic, łącznie z wynikiem, się nie zmieniło i w lepszych humorach murawę stadionu opuszczali Rosjanie.










