Rosja i Turcja może nie były uznawane za czarne konie mistrzostw, ale pewne oczekiwania wobec obu ekip zostały postawione. Wyjście z grupy, może coś więcej? W końcu większość reprezentantów tych krajów występuje w niezłych rodzimych ligach. Rzeczywistość okazała się jednak bolesna, bo Rosjanie i Turcy szanse na wyjście z grupy mają iluzoryczne i zanotują kolejną już klęskę na wielkich imprezach. Dlaczego tak się stało?
Oglądając wczoraj spotkanie Hiszpania – Turcja, można było odnieść wrażenie, że spotkały się drużyny z zupełnie innych lig. Ci pierwsi lepiej operowali piłką (co oczywiste), byli szybsi, grali z większym zaangażowaniem i rozwagą taktyczną. Turcy wyglądali przy mistrzach Europy z 2012 roku jak amatorska drużyna, której przyszło grać w krajowym pucharze z przedstawicielem najwyższej ligi. Umówmy się, 3:0 było najniższym wymiarem kary. Po dwóch kolejkach turnieju podopieczni Terima są najgorszą drużyną i ich szanse na awans trzeba traktować w kategorii cudu.
W meczu z Hiszpanią w podstawowym składzie reprezentacji Turcji było zaledwie trzech zawodników, którzy grają poza rodzimą ligą. Arda Turan z FC Barcelona, Hakan Calhanoglu z Bayeru Leverkusen i Burak Yilmaz odcinający kupony w chińskim Bejing Guoan. W sumie nic w tym dziwnego, skoro kadra Turcji jest złożona głównie z zawodników występujących w lidze tureckiej, która ostatnimi czasy nie jest zbyt cenioną w Europie (aż 16 piłkarzy z kadry Terima).
Ośmioletnia przemiana mentalna
W 2008 roku, kiedy Turcy po raz ostatni osiągnęli coś w piłce reprezentacyjnej, wyglądało to zgoła inaczej. Praktycznie cała ofensywa była zbudowana na piłkarzach grających w dobrych zagranicznych klubach. Hamit Altintop z Bayernu, Emre Belozoglu z Newcastle, król Tatarstanu Gokdeniz Karadeniz z Rubinu Kazań, Nihat Kahveci z Villarrealu czy Tuncay Sanli z Middlesborough. Nie są to być może wielkie europejskie marki, ale pokazują zmianę mentalności tureckich graczy na przestrzeni kilku lat. To właśnie dzięki temu możemy zrozumieć, skąd bierze się obecna słabość tej kadry.

Reprezentacja Turcji z Euro 2008 *zaznaczeni zawodnicy grający poza Turcją
8-10 lat temu piłkarze znad Bosforu marzyli, by wyjechać za granicę i osiągnąć sukces w dobrych europejskich klubach. Większość z nich decydowała się zmienić otoczenie w imię własnego rozwoju. Jednym się udawało, drugim nie. Ale próbowali, to najważniejsze. Wyjechanie z rodzimej ligi i opuszczenie strefy komfortu zawsze rozwija i wie o tym o każdy. Znamy zresztą wypowiedzi polskich piłkarzy twierdzących, że rok trenowania w klubie z czołowej ligi daje więcej niż trzy sezony spędzone w ekstraklasie.
Podobnie było z tureckim graczami, a efekty ich rozwoju mogliśmy oglądać właśnie na przykładzie reprezentacji z 2008. Weźmy takiego Nihata Kahveciego. Mógł zostać w Besiktasie, zarabiać krocie i uchodzić za boga w Turcji, ale wybrał wyjazd do Hiszpanii, najpierw do Realu Sociedad, a potem Villarrealu. Rozwinął się za granicą? Na tle kolegów z kadry przeciętny napastnik z La Liga wyglądał jak profesor. Takie przykłady można byłoby mnożyć. A jak wygląda to teraz?










