Za nami już dwie kolejki eliminacji do Euro 2012. Już na starcie padło kilka sensacyjnych wyników. O komentarz do pierwszych potyczek kwalifikacyjnych do mistrzostw Starego Kontynentu poprosiliśmy byłego piłkarza Galatasaray, Osasuny i Atletico Madryt – Romana Koseckiego.
W drugiej kolejce przegrały: Portugalia, Czechy, Bułgaria, Rosja. Co Pan sądzi o porażkach tych zespołów? Czy to wypadek przy pracy, czy też to sygnał, że w tych reprezentacjach są poważniejsze problemy?

Jeżeli chodzi o piłkę zarówno światową, jak i europejską, to uważam, że siły się wyrównują. Przyczyniły się do tego ogromne fundusze wydatkowane na całym świecie, futbol staje się biznesem. Każdy, kto poważnie myśli o klubie czy to w Ameryce Południowej, Afryce czy Europie, inwestuje ogromne pieniądze i oczekuje wyników. Przyjeżdżają dobrzy trenerzy, tworzy się dobry system szkolenia i wtedy gra wszystkich zespołów się wyrównuje. W tej chwili nie ma już słabeuszy, trzeba do każdego spotkania podejść bardzo poważnie, tak jak to robią możni tego świata – sponsorzy i największe kluby – i iść w tym kierunku. Ponadto wyrównał się poziom szkolenia, tzn. wiedzy piłkarskiej, ustawień taktycznych. Tak samo grają zespoły z różnych części świata. To wszystko się bardzo wyrównało, takie wyniki już nie będą sensacjami, ale coraz częściej będą faktem. Takie spotkania jak porażka 4:0 mistrzów świata z Argentyną czy Rosji ze Słowacją będą coraz częstsze. Faworytów czeka ciężka walka o punkty.
A czy to nie jest tak, że drużyny, które jeszcze nie tak dawno były w czołówce Europy, po prostu słabną? Kibice pamiętają męczarnie Portugalii i klęskę Czechów w eliminacjach do MŚ w RPA.
Tak jak mówię, inni wciąż się szkolą, chcą dorównać najlepszym. Każdy chce dorównać Cristiano Ronaldo, takim zawodnikom jak Kaka, Leo Messi itd. To się udaje, co było widać w RPA. Teraz każdy chce dorównać sposobem gry Hiszpanom, którym teraz o zwycięstwa już tak łatwo nie będzie. Trzeba mieć trochę cierpliwości i szkolić. Nie wolno czekać na wyniki i myśleć, że „jakoś to będzie”, wierząc, tak jak w naszym przypadku, że uzdrowi nas gra kilku piłkarzy na Zachodzie.
Finaliści mistrzostw świata z 2006 roku wygrywają: Włochy z Wyspami Owczymi 5:0, a Francja w Bośni. Czy Pana zdaniem reprezentacje te zmażą plamę z mundialu w RPA i awansują na Euro 2012?
W obu przypadkach zimny prysznic na MŚ zbiegł się z tragedią w obydwu federacjach. Wszystko tam się wywróciło do góry nogami. Nawet trenerzy zaczęli narzekać, że zawodnicy nie grają w najlepszych klubach. Dobrze to widać na przykładzie Interu, który zdobył Ligę Mistrzów, występując w finale w składzie naszpikowanym obcokrajowcami (nie licząc wejścia Materazziego w końcówce). Zaczynają poruszać te tematy, zastanawiają się, gdzie ma się to odbywać i gdzie mają to robić. Czasami ten biznes – pieniądze, presja wyniku, kupowanie zawodników – może zabić to, na czym najbardziej zależy federacji, czyli reprezentację. Później się każdy budzi przed mistrzostwami i pyta: Gdzie są nasi zawodnicy? Gdzie oni grają? W tym wszystkim musi panować równowaga. Rozumiem sprawę związaną z prawem Bosmana, jednak uważam, że w Polsce powinien być „gentlemen agreement” pomiędzy prezesami klubów, którzy ograniczyliby limit piłkarzy zagranicznych do np. pięciu. Powstają akademie przy klubach, trzeba dawać szansę młodym i po prostu tego się trzymać. Kadry polskich klubów coraz bardziej zapełniają się obcokrajowcami. Gdzie jest miejsce dla Polaków? Czy obcokrajowcy są rzeczywiście lepsi od naszych piłkarzy? Czy my nie promujemy innej piłki, zapominając o swoich zawodnikach? Samo nic nie przyjdzie, to wszystko musi być wyuczone, przygotowane. Zawodnicy muszą grać, żeby później reprezentować Polskę.










