Mówią, że dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. Mówią, że dopóki nie zabrzmiał ostatni gwizdek sędziego, wszystko może się zdarzyć. Tak mówią, ale często zdarza się, że kibice opuszczają stadion na kilka, czasem kilkanaście minut przed końcem spotkania. Tym, którzy nie wierzą, że futbol jest nieprzewidywalny i nawet na kilka chwil przed końcem meczu wszystko może się zmienić, przedstawiamy ranking najbardziej spektakularnych piłkarskich come backów. Po przeczytaniu tego tekstu każdy zastanowi się dwa razy, czy naprawdę warto wcześniej opuszczać stadion.
10. Legia – Widzew 1:2
Na początek polski akcent. Starsi kibice pamiętają doskonale to spotkanie, młodsi słyszeli jedynie legendy. Widzew Łódź i Legia Warszawa w połowie lat 90. zupełnie zdominowały rozgrywki polskiej ekstraklasy. Terminarz sezonu 1995/1996 ułożył się tak, że obie ekipy spotkały się ze sobą w 32. kolejce i to starcie miało zadecydować o losach tytułu mistrza Polski. Liderem była wówczas Legia i to właśnie warszawianie lepiej zaczęli to spotkanie. Tomasz Wieszczycki popisał się świetnym strzałem po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i Legia już witała się z gąską… Widzew miał jednak w swoich szeregach supersnajpera, który pozostawiony bez opieki zawsze znajdował sposób na wpakowanie piłki do siatki. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Marek Koniarek, bo o nim mowa, strzelił w tamtym sezonie 29 goli. Na Legię też znalazł sposób. Na 25 minut przed końcem spotkania udało mu się przechytrzyć broniącego warszawskiej bramki Macieja Szczęsnego i doprowadzić do remisu. Kiedy na dziewięć minut przed ostatnim gwizdkiem Piotr Szarpak strzałem głową skierował piłkę do siatki, świat zamarł. Legia Warszawa – uczestnik Ligi Mistrzów, który miał dominować na polskim podwórku przez wiele lat – przegrała mistrzostwo Polski, bo nikt nie wierzył, że Widzew w ostatnich meczach straci punkty. Rzeczywiście, nie stracił, ten pojedynek zadecydował, a trener łodzian, Franciszek Smuda, odniósł swój pierwszy wielki sukces na arenie krajowej.
– Rozegraliśmy chyba mecz życia, właśnie tak, jak sobie wyobrażałem. Legia nie mogła sobie z nami poradzić. Moi piłkarze w 100 procentach zrealizowali założenia taktyczne, nie odpuszczali od pierwszego do ostatniego gwizdka. Dla mięczaków nie ma miejsca w tej drużynie. Nie boję się, że zwycięstwo nad Legią rozluźni i zdemobilizuje moich piłkarzy. Widzew jest skromnym zespołem, w głowie im się nie przewróci – tak mówił po meczu trener Smuda. Jak się okazało, ten skromny zespół zakwalifikował się do Ligi Mistrzów i rok później stoczył kolejny legendarny bój z warszawską Legią.
9. Legia – Widzew 2:3
To, co się działo wiosną 1996 roku, było tylko preludium do dramatu, który rozegrał się niemal dokładnie rok później. Znów w roli głównej wystąpiły te same drużyny, Widzew i Legia, a stawką znów było mistrzostwo Polski. Tyle że w roli faworyta występowali łodzianie, a Legia, w składzie zupełnie innym od tego, który walczył o punkty w Lidze Mistrzów, była największym zaskoczeniem tego sezonu. W Widzewie grali m.in. piłkarze stanowiący o sile wcześniejszej Legii, Radosław Michalski i Maciej Szczęsny. Tego ostatniego nie szczędzili kibice, śpiewając Doświadczonego bramkarza między słupkami „Wojskowych” zastąpił Grzegorz Szamotulski i jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. „Szamo” bronił w tym meczu doskonale, do jego poziomu dostosowali się też piłkarze z pola. Gole Kucharskiego i Czereszewskiego wydawały się zapewniać warszawianom tytuł mistrzowski, ale… No właśnie, ale mecz trwa 90 minut. Łodzianie w końcówce postawili wszystko na jedną kartę, zapomnieli o obronie, zapomnieli o całym świecie, skupiając się tylko i wyłącznie na zdobyciu gola. Głód jeszcze bardziej się spotęgował, kiedy w 88. minucie Sławomir Majak zdobył bramkę kontaktową. Widzew wyglądał jak drapieżnik, który poczuł krew, zaczął więc szarpać ofiarę jeszcze mocniej, każdym kolejnym atakiem osłabiał ją na tyle mocno, że ta w końcu przestała skutecznie się bronić. Efekt – Dariusz Gęsior, 90. minuta, 2:2. Mało! Wszystko albo nic. Ten mecz musiał być rozstrzygnięty, tak postanowili widzewiacy i kilka chwil później po strzale Andrzeja Michalczuka wszystko było jasne – Widzew wygrał rzutem na taśmę i tym samym wywalczył drugie z rzędu mistrzostwo Polski.
Cezary Kucharski po spotkaniu sprawiał wrażenie, jakby nie mógł uwierzyć w to, co się stało. –Nadal nie wiem, jak to się mogło stać… To było coś niesamowitego, w kilka minut stracić tytuł. Kibice Legii otwierali już szampany, my też czuliśmy się mistrzami. Wiara Dariusza Gęsiora też była zachwiana, lecz strzelec jednej z bramek przyznał, że gol Majaka wyzwolił w piłkarzach dodatkową moc. –Czy wierzyliśmy, że jeszcze możemy wygrać? Nie wiem, na pewno do końca graliśmy swoje. Uskrzydlił nas gol Sławka Majaka. Wiedzieliśmy wtedy, że remis jest dla nas dobry, więc atakowaliśmy dalej. A piłkarze Legii zaczęli się denerwować. Wyczuliśmy to. Nigdy później nie przeżyłem już takiej radości. Pamiętam powrót do Łodzi w nocy i pełny stadion. Nie da się o tym zapomnieć.
8. Hiszpania – Jugosławia 4:3
Na mistrzostwach Europy w 2000 roku Hiszpania po dwóch meczach miała na swoim koncie trzy punkty i kibice drżeli w obawie o awans do ćwierćfinału. Obawy potęgował fakt, że w ostatnim pojedynku rywalem podopiecznych trenera Jose Antonio Camacho miała być niewygodna Jugosławia, która do tej pory radziła sobie bardzo dobrze. Dodatkowo szyki Hiszpanom mogła pokrzyżować Norwegia, gdyż ewentualne zwycięstwo „Wikingów” gwarantowało im awans. Zaczęło się tragicznie dla Hiszpanów, Milosević wyprowadził „Plavich” na prowadzenie po 30 minutach. Wyrównał Alfonso, ale Govaderica znów dał Jugosłowianom korzystny wynik. Odpowiedział Munitis, ale po kilku chwilach trafienie Komljenovicia znów zmyło uśmiech z twarzy hiszpańskich kibiców. Kiedy na dwie minuty przed końcem grymas cierpienia wrył się w obraz publiczności z Półwyspu Iberyjskiego, stało się coś niewiarygodnego. Na minutę przed ostatnim gwizdkiem sędzia podyktował rzut karny, który na bramkę zamienił Mendieta, a po chwili Alfonso ustalił wynik meczu na 4:3.
Hiszpania wyszła z grupy z pierwszego miejsca, wyprzedzając Jugosławię. Norwegia nie wykorzystała szansy na wyjście z grupy, remisując ze Słowenią. W kolejnej rundzie obie ekipy pożegnały się z turniejem, Hiszpania okazała się słabsza od Francji, a Jugosławia dostała lekcję futbolu od Holendrów, przegrywając 1:6.
7. Szwecja – Niemcy 4:4
Emocje w Szwecji i Niemczech po tym meczu jeszcze nie ostygły. Nic dziwnego, Niemcy pewnie czuli się jak dziecko, które właśnie wygrało wyjazd do Disneylandu, a Szwedzi perfidnie wyrwali im z rąk zwycięski kupon. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem założonym przez Joachima Loewa. Szybko zdobyty gol miał ułożyć spotkanie i tak też się stało po trafieniu Miroslava Klosego. Niemiecki napastnik po chwili dołożył drugą bramkę, a jeszcze przed końcem pierwszej połowy Metrersacker podwyższył na 3:0. Jak się czuli Szwedzi? Wiecie, jak się czuje jajko ubijane na miazgę? Pewnie coś w tym stylu, szczególnie że w drugiej połowie Oezil dorzucił czwartego gola. Potem do roboty wzięli się Szwedzi. Niemców pokąsali Ibrahimović, Lustig, Elmander i okazało się, że obie ekipy dzieli już tylko jedna bramka. Na tą czekaliśmy długo, bo aż do 90. minuty. Wówczas po strzale Rasmusa Ema poziom dramatyzmu sięgnął zenitu.
– Jestem w szoku. To powinna być dla nas lekcja życia. Lekcja, jak powinno się kończyć mecze. Po prostu nie mam wytłumaczenia na to, co się stało – powiedział po tym spotkaniu trener reprezentacji Niemiec Joachim Loew. Nie ma co się dziwić, kibice mówili, że to niemożliwe. Futbol płata jednak różne figle.
6. Angola – Mali 4:4
Szwedzi odrobili straty w niecałe pół godziny. Chwała im za to. Lecz to, co zrobili reprezentanci Mali, nie mieści się w głowie. To były finały Pucharu Narodów Afryki, mecz grupowy, w którym Angola podejmowała Mali. Pojedynek ułożył się idealnie dla finalistów mistrzostw świata w 2006 roku. Dwa gole Flavio, jeden Gilbero i Manucho dały Angolczykom prowadzenie 4:0. Co na to Malijczycy? Na jedenaście minut przed końcem postanowili zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Efekty przyszły szybko, choć wydawało się, że trafienie Seydou Keity będzie tylko golem honorowym. Jednak kiedy na trzy minuty przed ostatnim gwizdkiem Frederic Kanoute strzelił drugą bramkę, coś w drużynie z zachodniej Afryki sprawiło, że wzniosła się ona na nieznany dotąd poziom sztuki piłkarskiej. Mecz został przedłużony o pięć minut, a w tym czasie Seydou Keita i Mustapha Yatabare pokonali broniącego bramki rywala Carlosa Fernandeza. Spotkanie zakończyło się wynikiem 4:4.
Ten pojedynek byłby wielkim wydarzeniem, gdyby nie przyćmił go zamach terrorystyczny. Dwa dni wcześniej autobus wiozący ekipę Togo został ostrzelany przez rebeliantów. Kilku piłkarzy zostało rannych, natomiast kierowca autokaru zginął na miejscu. Togo nie wzięło udziału w turnieju.
5. Francja – RFN 3:3
Czasem ma się już w rękach zwycięstwo. Kiedy dało się z siebie więcej niż 100 procent i w 120-minutowym boju udało się uciec przeciwnikowi na dwie bramki, to jedynie kataklizm może wydrzeć z rąk sukces. Takiego kataklizmu doświadczyli Francuzi na mistrzostwach świata w 1982 roku. Stawka była bardzo wysoka, zwycięzca miał awansować do wielkiego finału, w którym czekali już Włosi. Francja miała w swoich szeregach takie tuzy, jak: Michel Platini, Alain Giresse czy Jean Tigana, RFN dysponował piłkarzami równie wielkiej klasy, nazwiska Magatha, Breitnera, Stielike czy Littbarskiego były znaczące w futbolowym świecie. Spektakl zaczął się od gola dla RFN, a jego zdobywcą był Littbarski. Kiedy kilka chwil później Platini wyrównał z rzutu karnego, mecz zaczął się od nowa. Rywalizacja nie została rozstrzygnięta w regulaminowych 90 minutach, choć obie ekipy dążyły do zwycięstwa za wszelką cenę. Tuż po rozpoczęciu dogrywki Francuzi byli w euforii, gdyż drogę do niemieckiej siatki odnalazł Tresor. Kiedy sześć minut później Giresse strzelił bramkę na 3:1, nikt nie wierzył, że Niemcy mogą odrobić stratę. Ale Niemcy to… Niemcy. Sprawy w swoje ręce musiał wziąć kontuzjowany Karl-Heinz Rummenige. Uraz nie pozwalał mu na występ, ale skoro sytuacja wymagała czegoś ekstra, to trener Jupp Derwall nie zważał na kłopoty zdrowotne i posłał asa Bayernu Monachium do boju. Ten potrzebował sześciu minut, by zdobyć gola kontaktowego. Niedługo później Fischer doprowadził do remisu, który oznaczał rzuty karne. Te lepiej wykonywali piłkarze RFN i to oni wywalczyli awans do finału, choć na 20 minut przed końcem nikt nie wierzył, że coś takiego może się wydarzyć.
Ten mecz został zapamiętany z powodu pewnego incydentu. W 62. minucie Harald Schumacher brutalnie zaatakował nacierającego na jego bramkę Battistona. Wprowadzony dziesięć minut wcześniej Francuz nie mógł kontynuować gry i został zniesiony z boiska. Schumacher nie zobaczył nawet żółtej kartki, gdyż sędzia uznał, że bramkarz zaatakował piłkę, a dopiero później jego ofiarą padł Battiston.
4. Arsenal – Reading 7:5
Najcieplejsza bułeczka w naszym rankingu. Jeszcze nawet dobrze nie wystygła. Ten mecz odbył się w ramach Pucharu Ligi. Menedżer Arsenalu, Arsene Wenger, w meczu z Reading postanowił dać szansę młodszym piłkarzom. Rywale potraktowali to spotkanie bardzo poważnie. Efekt przyszedł w postaci bramki Jasona Robertsa, samobójczego trafienia Laurenta Koscielnego, gola Mikele Leigertwooda i ukąszenia Noela Hunta. 4:0! Jednak jeszcze przed końcem pierwszej połowy Theo Walcott dał kolegom z zespołu sygnał do ataku, strzelając gola na 1:4. Później swoją cegiełkę dołożył Giroud, w końcówce spotkania zrehabilitował się Koscielny, a w ostatniej minucie Walcott doprowadził do remisu. Kiedy Marouane Chamakh strzelał gola na 5:4 dla Arsenalu, fani gospodarzy czuli się oszukani. Jednak na pięć minut przed końcem dogrywki za sprawą Pawła Pogriebniaka oszukani mogli czuć się kibice „Kanonierów”. Wisienką albo raczej przerośniętą do monstrualnych rozmiarów wiśnią na równie wielkim torcie przesiąkniętym nieprawdopodobnymi emocjami była ostatnia minuta. Najpierw gwoździa do trumny Reading wbił Theo Walcott, a kiedy sfrustrowani gospodarze całym zespołem ruszyli do ataku, błyskawiczna kontra „Kanonierów” przyniosła bramkę Marouane Chamakha. 7:5! Zdaniem wielu obserwatorów tego spotkania było to najbardziej dramatyczne widowisko XXI wieku.
Wynik 7:5 nie jest precedensem w futbolu. Okazuje się, że historia pamięta wiele spotkań, w których mecz kończył się takim rozstrzygnięciem. Najbardziej pamiętny pojedynek został rozegrany na mistrzostwach świata w 1954 roku. Wówczas Austria pokonała Szwajcarię, przegrywając do 25. minuty 0:3. Wtedy wynik został ustalony już na niecały kwadrans przed końcem i w końcówce emocje były tylko świeżym wspomnieniem. Mecz Arsenalu kipiał emocjami do ostatniej sekundy i na pewno nie uleciały one z ostatnim gwizdkiem sędziego.
3. Portugalia – KRLD 5:3
Na mistrzostwach świata w 1966 roku największą sensacją był występ Korei Północnej. Azjaci wyszli z grupy D, grzebiąc marzenia o udziale w dalszej fazie Chilijczyków i Włochów. Największą niespodzianką było bezpośrednie zwycięstwo z dwukrotnym mistrzem świata. W ćwierćfinale los jako rywala KRLD wskazał Portugalię, która podobnie jak Koreańczycy po raz pierwszy brała udział w finałach mistrzostw świata. Faworytem byli oczywiście Europejczycy, ale to, że ktoś jest mocny na papierze, znaczyło tyle co czerwony przycisk dla daltonisty. Piłkarze KRLD zaszokowali Portugalczyków golem w 55. sekundzie meczu (strzelcem bramki był Park Seung-zin), potem zaszokowali cały świat, podwyższając wynik na 2:0 w 22. minucie (Lee Dong-won), a następnie zaszokowali chyba samych siebie, wbijając rywalom kolejną bramkę w 24. minucie spotkania (Yang Seung-kook). Wszystko wskazywało na to, że Korea Północna zagra w półfinale, bo kto wierzył w odrobienie trzybramkowej straty. Wierzył Eusebio – to wystarczyło. Fenomenalny Portugalczyk sam strzelił cztery gole, a przy piątym asystował. Koreańczycy zapewne nie mogli uwierzyć, że niemal spełnione marzenia tak szybko można złamać, zmiąć i wrzucić do kosza.
Rewelacyjny Eusebio został wówczas królem strzelców z ośmioma bramkami na koncie. Jego doskonała forma pozwoliła ekipie z Półwyspu Iberyjskiego wspiąć się na najniższy szczebel podium. Dla Korei Północnej ćwierćfinał mistrzostw świata w 1966 roku był najlepszym wynikiem w historii, do którego nigdy nawet się nie zbliżyli.
2. Liverpool – Milan
Któż z nas może zapomnieć o meczu Liverpoolu z Milanem w finale Ligi Mistrzów edycji 2004/2005? Dokładnie 25 maja 2005 roku na stadionie Ataturk w Stambule stanęły naprzeciw siebie dwie drużyny, które wstrząsnęły sercami kibiców. W pierwszej połowie Milan wcielił się w rolę robotnika drogowego, który siadł za kierownicą walca i przejeżdżał się wte i wewte po rozłożonym na jezdni Liverpoolu. Bramka Maldiniego i dwa trafienia Crespo wydawały się rozstrzygać losy spotkania. W drugiej połowie rozpłaszczony naleśnik, którym miał być Liverpool, dumnie stanął na nogi i zaczął rozjeżdżać opromieniony wysokim prowadzeniem Milan. Steven Gerrard, Vladimir Smicer i Xabi Alonso zaledwie w sześć minut dokonali niemożliwego i już na pół godziny przed końcem spotkania mieliśmy remis 3:3. Mecz zakończył się takim wynikiem, dogrywka również nie przyniosła rozstrzygnięcia, choć był moment, w którym Jerzy Dudek instynktownie obronił mocny strzał Szewczenki z kilku metrów. Rzuty karne lepiej wykonywali liverpoolczycy, a o ostatecznym triumfie zadecydował właśnie Dudek, który tańczył w bramce jak słynny Bruce Grobbelaar.
Jerzy Dudek niezwykle barwnie opowiadał o tym, co działo się po meczu w swojej autobiografii. – Gdy zobaczyłem, jak Jon Dahl Tomasson odbiera medal za występ w finale, myślałem, że zaraz przywali w zęby prezydentowi UEFA. Tyle miał złości w oczach… […] Byłem tak szczęśliwy, że prawie zrobiłem coś szalonego. Pobiegłem w kierunku trybuny, na której siedzieli znajomi kibice z Tych. I chyba diabeł mnie podkusił, żeby dać im ten puchar na chwilę! Skoro wszędzie za mną jeżdżą, to niech też się nim nacieszą jak ja. W ostatnim momencie jakaś niewidzialna ręka złapała mnie za koszulkę i usłyszałem głos rozsądku… Próbowałem wrócić do chłopaków z drużyny, by dalej cieszyć się razem z nimi. Już wtedy otoczyli ich kordonem ochroniarze. Gdy chciałem przejść, jeden złapał mnie i zrobił taką minę, jakby chciał powiedzieć – a ty gdzie? Tu tylko piłkarze. Pokazałem mu na migi, że jestem jednym z nich. Ale dalej mnie trzymał za rękę. Cofnąłem się i przeskoczyłem reklamy, przy których to się działo. Już byłem znów razem z zawodnikami Liverpoolu. Chciałem nawet pokazać medal na szyi: – Zobacz, ja naprawdę jestem piłkarzem. Zostaw mnie wreszcie w spokoju. Próbował za mną skakać i pewnie zaczęłaby się zadyma, ale inny ochroniarz zatrzymał go i przekonał, że zdobyłem ten puchar.
1. Manchester United – Bayern Monachium 2:1
Największe zdziwienie towarzyszyło meczowi Bayernu Monachium z Manchesterem United w finale Ligi Mistrzów w 1999 roku. „Bawarczycy” radzili sobie doskonale z „Czerwonymi Diabłami”. Na dwie minuty przed końcem prowadzili 1:0, a mieli jeszcze kilka doskonałych okazji do podwyższenia wyniku. Wielu kibiców Manchesteru przed telewizorami, którzy nie wierzyli już w końcowy sukces, wyłączali odbiorniki i kładli się spać. Jakie musiało być ich zdziwienie, kiedy poznali końcowy wynik. Otóż w doliczonym czasie gry Anglicy przeprowadzili akcję, która wstrząsnęła Bawarią. Ryan Giggs strzelał zza pola karnego, tor lotu piłki przeciął Sherringham i futbolówka wylądowała w siatce. Ale okazało się, że to nie koniec, bo dwie minuty później Anglicy przeprowadzili akcję, która wysadziła serca „Bawarczyków” w powietrze. David Beckham wykonywał rzut rożny, tor lotu piłki przeciął Sherringham, a egzekucję wykonał Ole Gunnar Solskjaer. Ta diaboliczna sztuka dała triumf Manchesterowi United. Szok piłkarzy i kibiców Bayernu był niewyobrażalny.
– Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Do diabła, to jest piłka nożna! – tak można przetłumaczyć to, co powiedział Alex Ferguson po meczu z Bayernem. Lepszego komentarza nie trzeba.
Artykuł ukazał się także w magazynie „Futbolmag”.
Komentarze8
~
~ole!
Wraca ranking iGola! Długo czekałem na nowy
odcinek.
~M
~Juan Mata
Gratuluję Grzegorzowi Ignatowskiemu za tak dobry
artykuł ;)
~
~ole!
Polecam onet.pl, tam się nie trzeba logować.
L
Lars
Artykuł dobry, ale zamiast tych meczów z
ekstraklasy powinien być Newcastle – Arsena; 4: 4
(0: 4).
~
~kibacho
przepiękna bramka Iniesty w ostatniej sekundzie
spotkania, dająca remis 1:1 katalońskiej drużynie
i awans do finału, gdzie później wygrali z
Manchesterem United.
~
~Pitcha
Brakuje tu boju o mistrzostwo Anglii, gdy Man City
wygrał z QPR po 2 golach w doliczonym czasie gry…