Puchar pocieszenia wciąż aktualny. Czy czołowe ekipy lekceważą Ligę Europy?


Liczy się Liga Mistrzów i rozgrywki krajowe, pod tym względem wciąż bez zmian

4 października 2019 Puchar pocieszenia wciąż aktualny. Czy czołowe ekipy lekceważą Ligę Europy?

Kłamstwem byłoby wmawiać sobie, że Liga Europy dla tych bogatszych i najbardziej renomowanych klubów jest priorytetem. Słowa, że te rozgrywki to puchar pocieszenia, do dziś nie tracą na aktualności.


Udostępnij na Udostępnij na

Na końcu co prawda i tak wygrywają ci, po których oczekuje się zwycięstwa. Angielskie czy hiszpańskie kluby bezsprzecznie królują także i na tym szczeblu, ale gołym okiem widać, że nie od początku traktują te rozgrywki do końca poważnie. Wydaje się, że swoje siły skupiają głównie na ligach krajowych, by jak najszybciej mieć zapewniony awans do europejskich pucharów w następnym sezonie. Liga Europy traktowana jest z przymrużeniem oka i być może trochę pachnie tu lekkim lekceważeniem drużyn mających mniejszy potencjał.

Trudno zresztą się dziwić takiemu podejściu. Czołowe ligi Europy są niezwykle wyrównane i o ile walka o podium w Anglii, Hiszpanii, Niemczech, Włoszech czy Francji jest dla większości wręcz nieosiągalna, o tyle już rywalizacja o triumf w LE jest ciekawą opcją i celem łatwiejszym do zrealizowania.

Jak najmniejszym kosztem

Takie motto towarzyszy najgrubszym rybom Europy, które z różnych względów muszą – to słowo warto podkreślić – grać na drugim szczeblu europejskich pucharów. Nie ma się co oszukiwać, miejsce takich zespołów, jak: Manchester United, Arsenal, Sevilla czy AS Roma nie jest obok takich klubów, jak: Dudelange, Slovan Bratysława czy FK Astana, nie chcę przy tym oczywiście nikogo urazić.

Mówiąc językiem bokserskim, wymienione kluby nie chodzą w tej samej wadze. To trochę tak, jakby postawić naprzeciwko siebie utytułowanych mistrzów wagi ciężkiej z obiecującymi pięściarzami wagi koguciej. Wyniki można już wówczas z góry obstawiać, ale przez to, że ci pierwsi nie do końca grają na poziomie, jakiego się od nich wymaga, a ci drudzy wykorzystują swoje pięć minut, często dochodzi do rezultatów niespodziewanych, a nawet i sensacyjnych, ocierających się nawet o gatunek science fiction.

Przykładem chociażby z 1. kolejki niedawno rozpoczętego sezonu jest wymieniona wyżej drużyna „Czerwonych Diabłów” i potęgi z egzotycznego Kazachstanu. Jeszcze kilka lat temu Old Trafford mógł być dla FK Astana co najwyżej miejscem turystycznym, wartym zwiedzenia ze względu na swoją historię i popularność, jaką się cieszy na świecie. Dziś dla Kazachów „Teatr Marzeń”, jak często mówi się na obiekt Manchesteru United, był polem, na którym padł dość nieoczekiwany wynik.

Owszem, United wygrało zgodnie z planem, ale rozmiary zwycięstwa były, lekko mówiąc, dalekie od oczekiwań. Na więcej było również zdecydowanie stać Wolverhampton, który zmierzył się z SC Braga. Portugalczycy to, owszem, na pewno silniejszy rywal niż FK Astana, a i „Wilki” to również nie ta półka co „Czerwone Diabły”, niemniej porażka klubu z najsilniejszej ligi świata, i to na własnym obiekcie, chwały raczej nie przynosi.

Na zdecydowanie więcej stać także hiszpański Espanyol, który wymęczył remis z węgierskim Ferencvarosem. Wszelkie oczekiwania przerósł jednak wynik uzyskany przez niegdyś walczący o mistrza Niemiec klub, czyli Borussię Moenchengladbach. „Die Fohlen” skompromitowali się w pojedynku z austriackim Wolfsberger AC, dając się pokonać 4:0. Jest to rzecz trudna do pojęcia, zwłaszcza że właśnie Liga Europy to idealne miejsce dla niemieckich zespołów na wykazanie się w czasach, gdy te nie dorównują kroku bogatszym drużynom chociażby z Anglii.

Ważniejsze sprawy na głowie

Można czepiać się ekip z Wysp bądź Półwyspu Iberyjskiego, ale to, co wyczyniają w ostatnich latach kluby z Włoch oraz Niemiec, jest sprawą dość kontrowersyjną. Świetnym przykładem niewykorzystywania swojego potencjału są właśnie zespoły z tych lig, bo o ile można zrozumieć ich klęski w Lidze Mistrzów, w której trudno rywalizować z bogatszymi, to w rozgrywkach, na które nie zwraca się tyle uwagi, także trudno dostrzec momenty chwały.

Co rzuca się w oczy, to fakt, że oba kraje nigdy nie miały swojego reprezentanta w finale Ligi Europy! Rzecz niebywała, tym bardziej że oprócz oczywiście zespołów z Hiszpanii i Anglii dostawały się tam drużyny z bardziej ubogich piłkarsko państw, takich jak Portugalia, Holandia czy Ukraina.

A może jednak rzeczywiście Niemcy i Włochy aż tak zjechały poziomem w dół, że próżno szukać sukcesów ich klubów w tychże rozgrywkach? To jednak nie do końca wydaje się prawdą, a najlepszym przykładem jest zeszłoroczny półfinalista. Eintracht Frankfurt, średniak, dla którego Liga Europy jest czymś takim jak dla polskich klubów faza grupowa Ligi Mistrzów.

Zatem skoro „Orłom” udało się dojść do takiego pułapu i być blisko wyeliminowania londyńskiej Chelsea, to dlaczego nie mogą tego powtórzyć takie kluby, jak: Borussia Moenchengladbach, Bayer Leverkusen, Schalke 04 czy tym bardziej SC Napoli bądź Lazio, które także nie popisało się w trwającym sezonie, przegrywając na inaugurację z CFR Cluj.

Jedynym wytłumaczeniem wydaje się kwestia osiągnięcia odpowiedniego wyniku w lidze krajowej. Bundesliga, choć na pozór wydaje się ligą nudną i przewidywalną ze względu na tradycyjnie osiągający sukcesy na tym polu Bayern Monachium, to rywalizacja o pozostałe miejsca jest niezwykle zacięta. Na potknięcia Bayeru czy Schalke 04 czekają zespoły co prawda uboższe, ale potrafiące skutecznie doczłapać się do lokat gwarantujących występy w pucharach.

Najlepszymi przykładami są Eintracht czy grające w poprzednich sezonach 1. FC Koeln oraz FC Augsburg. Podobnie jest pod tym względem we Włoszech, gdzie różnice pomiędzy najsilniejszymi a tymi słabszymi raczej się zmniejszyły. Co prawda AS Roma, SC Napoli czy Inter, czyli ekipy, od których się wymaga pewnych wyników, nie dają się prześcignąć słabszym, ale też nie do końca grają to, co powinny.

Podkręcając tempo

VISITA EN EL SEVILLAFC PARA VER LAS REFORMAS DEL RAMON SANCHEZ PIZJUAN

W miarę rosnących trudności, ale i bardziej medialnych meczów, które przyciągają kibiców, rosną w siłę kluby z Anglii mające duże możliwości finansowe, ale i ekipy z Hiszpanii, dla których Liga Europy stała się ciekawym bonusem. Rywalizujące ze sobą kraje robią tak naprawdę swoje, tyle że wykorzystując minimum swojego potencjału, który niezbędny jest, by osiągnąć zakładane cele na krajowym podwórku.

W tym przypadku liczy się walka o Ligę Mistrzów i jeżeli droga w danej lidze wydaje się z czasem coraz bardziej kręta, to szansa pojawia się w Europie, gdzie zwycięzca Ligi Europy dostaje bonus, jakim jest automatyczny start w kolejnym sezonie Ligi Mistrzów od fazy grupowej bez konieczności grania w eliminacjach.

Dysponujące największym potencjałem zespoły potrafią świetnie rozkładać swoje siły, tak by w kluczowym momencie osiągnąć cel. Być może się to komuś nie podoba, ale dopóki w drugorzędnych rozgrywkach nie znajdą się większe nakłady finansowe, dopóty nie ma się co raczej nastawiać na sto procent możliwości ze strony najbogatszych.

W dodatku rywalizacja z biedniejszymi też nie przyciąga, stąd takie nastawienie, a nie inne. I nie ma chyba co oczekiwać, że nagle Chelsea czy Manchester United skupią swoje siły na LE, przecież są to kluby kojarzące się z Ligą Mistrzów, a nie z jej brzydszą i młodszą siostrą.

Kto wie, może pojawienie się trzecich rozgrywek zwiększy renomę Ligi Europy, chociażby z powodu zmniejszenia liczby klubów z 48 do 32. Co za tym idzie – zwiększy się liczba pieniędzy do podziału. Również wejście do fazy grupowej tych rozgrywek z miejsca stanie się znacznie trudniejsze dla biedniejszych, bo i przecież miejsc będzie zdecydowanie mniej.

ManU i „Die Fohlen” na minus

W kategorii na najgorzej wyglądające zespoły w trwającej edycji, po których można spodziewać się więcej, o pierwsze miejsce walczą Manchester United z Borussią Moenchengladbach.

Pierwsi, jak zostało wspomniane na początku, ledwie pokonali Kazachów, by w kolejnym starciu zremisować z AZ Alkmaar, przy czym klub z Old Trafford ani razu nie zdołał celnie uderzyć na bramkę przeciwnika! Jeszcze na upartego można by było bronić piłkarzy „Czerwonych Diabłów”, że nie podchodzą do Ligi Europy na poważnie, bo liczy się liga angielska, ale nawet i tam grają poniżej oczekiwań.

Wstyd niemieckiemu futbolowi przynosi także Borussia Moenchengladbach. Ta na początek została rozniesiona przez niepozornego przeciwnika z Austrii, a następnie „Źrebakom” udało się wywalczyć jeden punkt z tureckim Basaksehir. Na szczęście w obronie honoru obu lig, czyli Bundesligi i Premier League, idą Eintracht, VfL Wolfsburg, Arsenal oraz Wolverhampton.

Dwa pierwsze zespoły nie grają najgorzej, a drudzy również nie zawodzą. Ostatnio jednak nie popisała się również AS Roma, która nie pokonała sensacji z pierwszej kolejki – Wolfsberger AC – jedynie remisując z pogromcami „Die Fohlen”.

Słabo też wygląda FC Porto czy Lazio Rzym – zakładając, że rozgrywki na fazie grupowej zakończyłyby się teraz, oba kluby pożegnałyby się z Ligą Europy. Portugalczycy pokonali jedynie Young Boys Berno, i to tylko 2:1, natomiast potem przegrali z Feyenoordem, a rzymianie przegrali z CFR Cluj i zwyciężyli w niewielkich rozmiarach Rennes.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski