Dawniej zawsze uśmiechnięty, chętnie żartujący na konferencjach prasowych. Obecnie nierzadko sfrustrowany, otwarcie krytykujący federację, arbitrów oraz rywali. Bieżący sezon pokazał drugie oblicze Jürgena Kloppa, dotąd ukrywane. Zmieniło się także postrzeganie niemieckiego menedżera przez część kibiców Liverpoolu. Nieudany sezon w wykonaniu „The Reds” pokazuje, że nie wszyscy sympatycy stoją murem za szkoleniowcem. Niespełna osiem miesięcy po zdobyciu przez zespół z Anfield pierwszego od 30 lat mistrzostwa Anglii.
Nie było przejazdu piętrowym autobusem przez miasto. Nie było także blisko miliona kibiców na ulicach Liverpoolu. Po zdobyciu mistrzowskiego tytułu była za to krótka ceremonia na stadionie. Niby z fajerwerkami, ale metaforycznie, jakby jednak bez. A na pewno nie świętowano tak, jak powinno świętować się zdobycie mistrzostwa po 30 latach niepowodzeń, kompromitacji i życia w cieniu rywali. Winna pandemia, która zniekształciła, wypaczyła chwilę tak istotną dla sympatyków Liverpoolu.
To wszystko jednak przesłonił sam fakt odzyskania trofeum przez „The Reds” po trzech dekadach oczekiwania. Fakt, że projekt Jürgena Kloppa okazał się wielkim sukcesem. Tak jak obiecywał. Wtedy, gdy na pierwszej konferencji prasowej prosił o wiarę, o odłożenie wątpliwości na bok. Uwierzyli praktycznie wszyscy, bo cały projekt szybko nabierał coraz realniejszych kształtów. Z czasem przyszły także trofea — efekty tytanicznej pracy. Miłe chwile, których próżno uświadczyć kibicom Liverpoolu w obecnej kampanii. Sezonie, który w obliczu największego kryzysu za kadencji Niemca na Anfield jest największą próbą wiary w Jürgena Kloppa.
Kryzys (Liverpoolu i) Jürgena Kloppa
Cel przed sezonem był oczywisty — obronić mistrzowski tytuł. A przytaczając słowa niemieckiego menedżera, ponownie zaatakować. To żadna sensacja, że czerwona część Merseyside, wyposzczona przez trzy dekady niepowodzeń, najbardziej pragnęła kolejnego mistrzostwa Anglii. Liga Mistrzów? Fajne rozgrywki, ale mistrzostwo kraju przede wszystkim. Przynajmniej z perspektywy „The Reds”. Problem w tym, że już na początku sezonu, metaforycznie, zaczęło się sypać. Najpierw jedna kontuzja, potem druga… Poważne urazy Virgila van Dijka i Joe Gomeza. Absencje spowodowane kwarantanną. Kadra Liverpoolu skurczyła się niemiłosiernie.
Łatwo jest wierzyć, kiedy wszystko idzie dobrze.Jürgen Klopp
Do tego stopnia, że w obronie zamiast defensorów zaczęli grać pomocnicy. Jürgen Klopp łatał skład taśmą izolacyjną, ale mimo wszystko Liverpool odnosił zwycięstwa. „The Reds” wygrane przeplatali jednak remisami, nierzadko dzięki udziałowi technologii VAR. Niekorzystne (i często wręcz błędne) decyzje arbitrów wideo zabierały punkty Liverpoolowi. Powodowały także wzrost frustracji u Jürgena Kloppa. W końcu przekroczona została norma i Niemiec zaczął wybuchać.
W rozmowie z dziennikarzami, czy to po meczu, czy na konferencjach prasowych, otwarcie wytykał patologię angielskiej piłki. Zbyt intensywny terminarz, za krótki czas na regenerację czy fatalne sędziowanie. Nie brakowało też publicznej wojenki z Chrisem Wilderem o zwiększenie liczby zmian w trakcie meczu. Działo się dużo, a miało jeszcze więcej. Natomiast Jürgen Klopp zamiast radosnego człowieka rzucającego żartami, coraz częściej zaczął przypominać sfrustrowanego . Na domiar złego tradycyjnie w styczniu i lutym nadszedł kryzys formy zespołu. Walka o tytuł w praktyce została przegrana. To było za dużo dla Jürgena Kloppa, którego reakcja na konferencji prasowej pozostawała aż nadto wymowna.











