Od lat trwa próba uzyskania pewnego poziomu polskiego futbolu. Kolejni prezesi próbują coś zmieniać – kto wie, może kiedyś doczekamy się krajowych rozgrywek na wzór zachodniej piłki? Pytanie jest jedno. Ile można na to czekać?
Na to pytanie nie odpowiem. Dlaczego? Bo tak jak każda osoba czytająca ten tekst po prostu nie mam pojęcia, kiedy coś się zmieni. I o ile polska liga stoi w miejscu (jakby ktoś nie pamiętał, od 1997 roku nie mamy drużyny w Lidze Mistrzów), o tyle rozgrywki pucharowe również non stop są reformowane. Jeszcze niedawno finał Pucharu Polski rozgrywaliśmy na kameralnym, niezbyt bezpiecznym i nie do końca promującym nasz futbol stadionie w Bydgoszczy. Ostatnie spotkanie na tamtym obiekcie stało na nie najgorszym poziomie piłkarskim, batalia Lecha z Legią zakończyła się rzutami karnymi (w których lepsza była Legia) i wojną kibiców (tutaj trudno wskazać zwycięzcę). Ostatnio szefostwo wpadło na pomysł organizacji dwumeczu, który miał zmniejszyć ryzyko niespodzianki – odrzucony rok po wprowadzeniu idei. I w sezonie 2013/2014 nie ominęły nas „wymysły” działaczy Polskiego Związku Piłki Nożnej. Zbigniew Boniek i spółka wprowadzili drabinkę niczym w tenisie. Każdy ma świadomość, na kogo może trafić w następnej rundzie, i może wyśnić sobie drogę na Stadion Narodowy. To też pewna nowość, bo jak przypomniałem chwilę wcześniej – do tej pory graliśmy na nieco gorszych obiektach.

Skoro tak bardzo chcemy zbliżyć się do europejskiej piłki, to z pewnością potrzebujemy zmian. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda bardzo profesjonalnie. Mamy nowy i ładnie (?) wyglądający puchar. I wreszcie gramy na obiekcie, który jest tego godzien. Wszak gdzie lepiej rozgrywać mecz o triumf w krajowych rozgrywkach, jeśli nie na jednym z najpiękniejszych obiektów w Europie? Podobnie jest niemal na całym kontynencie. Nieprzerwanie od 1985 roku DFB-Pokal rozstrzyga się na Olympiastadion w Berlinie, od 1922 roku z jednym wyjątkiem (powtórka meczu Chelsea – Leeds w sezonie 1969/1970) i sześcioletnią przerwą na przebudowę (odbywał się na Millenium Stadium) Puchar Anglii podnoszony jest na Wembley, a od szesnastu lat Francuzi świętują na Stade de France (wcześniej przez 26 lat grano na Parc des Princes). Pozostaje liczyć, że i w naszym kraju tradycją będzie gra na największym i najbardziej reprezentatywnym stadionie Polski.
Przyjrzyjmy się również, jak wygląda sama forma turnieju. W Niemczech zwycięzca rozgrywek regionalnych od razu ma szansę wpaść na Bayern Monachium czy Borussię Dortmund. . Te marki z pewnością przyciągną na stadion większe rzesze fanów niż chociażby trzecioligowy Heidenheim. Warto nadmienić, że Borussia Moenchengladbach, która zagra w przyszłym roku w Lidze Europy, została wyeliminowana już w pierwszej rundzie przez SV Darmstadt 98. Podobnie jest w Hiszpanii, gdzie nawet słabsza drużyna może zagrać na swoim obiekcie z Realem Madryt, FC Barcelona czy Atletico Madryt. Możliwość gry z takimi zespołami jest dla każdego wielkim przeżyciem. Prezes Boniek zapowiadał kiedyś, że będziemy iść w stronę zachodniego futbolu. I rzeczywiście to robi. Niestety, cały czas sporo różni nas od lepszych lig. Dla przykładu spójrzmy na futbol brytyjski. Podobnie jak w Polsce w rundach wstępnych drużyny z wszystkich lig rywalizują między sobą – w pierwszej ekipy z 9. i 10. ligi. W kolejnej fazie turnieju dołączają kolejne ligi, a zwycięzcy następnych spotkań dostają 1000, 1750, 3000 funtów. Ekipy nie wystawiają rezerw, bo każdy zastrzyk gotówki jest potrzebny, a w FA Cup od początku można dużo zarobić. Jak wyglądają puchary okręgowe w naszym kraju? Drużyny robią wszystko, by nie przejść dalej i nie wydawać wielkich pieniędzy na zbyteczne wyjazdy. Dla przykładu, aby zagrać z Legią Warszawa, Rozwój Katowice musiał pokonać wysoko renomowane ekipy takie, jak: Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Hetman Zamość i Stomil Olsztyn.












