Barcelona zeszłego lata przyjęła cios prosto w serce. Jedna z największych legend hiszpańskiego futbolu zakończyła swoją wartę i powędrowała do Japonii. Nikt nie miał wtedy wątpliwości, że zastąpienie Iniesty będzie zadaniem niewykonalnym, tak samo jak niegdyś zastąpienie Xaviego. I o ile świeża luka po Andresie wciąż pozostaje otwarta, o tyle o braku tego drugiego już można zapomnieć.
Barcelona i jej cules ani na minutę nie muszą spoglądać w przeszłość za sprawą brazylijskiego magika. I nie jest nim oczywiście Coutinho, który nie potrafi odnaleźć swojej tożsamości, tylko Arthur Melo z Gremio. Przypomnijmy, że w 2018 roku do stolicy Katalonii przybyło za niemałe pieniądze aż trzech „Canarinhos”, z czego tak naprawdę tylko jeden w pełni przystosował się do realiów „Dumy Katalonii”. Paradoksalnie tym najlepszym okazał się ten najtańszy (za 31 mln), czyli raczej odwrotnie od oczekiwań.
Ulubieniec Messiego
Kiedy w trakcie poprzedniego sezonu pojawiła się wieść, że ktoś taki jak Arthur zostaje „zarezerwowany” przez Barcelonę, na twarzach kibiców wymalował się duży znak zapytania. Co by nie mówić, wszechobecne zdziwienie było uzasadnione, nieczęsto bowiem tak wielki klub sięga po zawodników z innego świata. A takim niewątpliwie jest liga brazylijska, która w ostatnich latach kojarzyła się fanom „Barcy” jedynie z pomyłkami w postaci Douglasa czy Yerry’ego Miny. Nikt nawet nie liczył na „kolejnego Neymara”.
Jednak z biegiem czasu opinia publiczna coraz cieplej traktowała postać Brazylijczyka. Im bliżej było końca sezonu 2017/2018, tym śmielej wyrokowano, że Arthur przejmie pałeczkę po Xavim. Co tydzień w mediach społecznościowych krążyły obrazki ze statystykami, z których jasno wynikało, że (wówczas) piłkarz Gremio perfekcją przypomina właśnie legendę Barcelony. Powyżej 90% celności podań, niewiele strat, ogromna mobilność. Krótko mówiąc, architekt środka pola w nowoczesnym standardzie.











