W ostatnim meczu z Gruzją komentatorzy TVP narzekali, że Arkadiusz Milik nie emanował radością po strzeleniu czwartego gola. Padły teksty, że nie potrafimy celebrować bramek. Wszystko to przebił Artur Jędrzejczyk.
Milik w Tibilisi strzelił w doliczonym czasie gry gola, dobijając piłkę do pustej bramki. Na jego twarzy nie pojawił się nawet minimalny uśmieszek, co nie wszystkim się spodobało, gdyż jak można było wyciągnąć wniosek, nic to dla niego nie znaczyło. Z pewnością nie wyglądało to zbyt świetnie, ale ciężko się dziwić, skoro jego gol był już tylko i wyłącznie statystyczny.
Ale czy to tak, że my nie potrafimy się cieszyć? Jak to, Polska bawić się nie potrafi? Nie, to nie może być prawda. A udowodnił to Artur Jędrzejczyk. Jego cieszynkę po bramce strzelonej przeciwko Szwajcarii można stawiać w jednym szeregu z symulowaniem wciągania kokainy Robbiego Fowlera czy fantastycznych widowisk tworzonych przez islandzki Sjarnan, byłego rywala Lecha Poznań w Lidze Europejskiej.
Artur przeniósł się troszeczkę wyżej. Momentalnie pobiegł nie tyle celebrować swojego gola, co zwyczajnie przeskoczył bandę, następnie barierkę i usiadł na wolnym miejscu w pierwszym rzędzie trybun. Po prostu geniusz. Ciekawe, czy to zaplanował, czy to tylko emocjonalna reakcja?
Z pewnością osłodził nam trochę kiepski start meczu swoją bramką, ale jego sposób celebracji przypomniał, że to tylko mecz towarzyski i nie ma co się spinać. Spodziewalibyśmy się tego może po Krychowiaku, może Kucharczyku, ale Jędrzejczyk? Miła niespodzianka.











